Wielka wyprzedaż polskiej wsi

Z Tomem Garrettem, amerykańskim działaczem Instytutu Ochrony Zwierząt, o zagrożeniach dla polskiego rolnictwa ze strony przemysłowego tuczu trzody chlewnej rozmawia Marek Garbacz.

W jaki sposób wielkie korporacje mogą zmienić polskie rolnictwo?

 – Jeżeli dopuści się do ograniczania suwerenności żywnościowej Polski, to doprowadzi się do nowoczesnego niewolnictwa albo tzw. pańszczyzny korporacyjnej. Dobrym przykładem jest tutaj sytuacja dotycząca hodowli drobiu przez amerykańskich farmerów. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu 55 proc. posiadaczy farm hodowało kury. Dzisiaj tylko 4,2 proc. i z reguły jest to drób kontraktowany przez wielkie korporacje. Jeszcze w 1945 r. było 3,3 mln niezależnych hodowców trzody chlewnej, w 1985 r. było ich kilkakrotnie mniej, a obecnie pozostało ok. 80 tys. i oni też hodują już nie własne tuczniki, lecz korporacji. Oczywiście, czynią to na zasadzie kontraktu z właścicielem zwierząt. Mechanizm uzyskiwania dominacji na rynku wygląda w ten sposób, że w jakiejś fazie zadomowienia się takiego giganta uniemożliwia on dostęp do rynku małym i niezależnym producentom, którzy po prostu nie mają gdzie sprzedać swoich zwierząt i w ten sposób przechodzą na kontrakty z korporacjami. I to jest część odpowiedzi na pytanie, co może się stać z polskim rolnictwem.

Co może Pan doradzić polskim rolnikom, Izbom Rolniczym i wszystkim, którzy usiłują chronić nasze środowisko i rolnictwo przed korporacjami?

 – Nie byłoby trudno pozbyć się Smithfielda z Polski, gdyby polski rząd go nie wspierał na wszystkie możliwe sposoby. Podczas wojny domowej w Hiszpanii gen. Franco powiedział, że wcale nie te cztery kolumny, które wkroczyły do Madrytu, zdobyły miasto, lecz piąta kolumna, która była już w samym Madrycie. Josef Luter, szef Smithfielda, może posiadać taką V kolumnę w ministerstwie rolnictwa, w Inspekcji Weterynaryjnej na poziomie województw, a z jej pomocą inwazja na rynek Polski jest pewna.

My, w Stanach Zjednoczonych, zdajemy sobie sprawę, że tacy ludzie jak Josef Luter i inni rutynowo stosują techniki pozyskiwania sobie urzędników w USA. To jest po prostu oczywiste, że tak samo dzieje się i w innych krajach. Tacy szefowie wielkich korporacji prowadzą kalkulację, z której wynika, że łatwiej jest kupić polityka, niż zapłacić za przestrzeganie przepisów ochrony środowiska, zdrowia konsumentów czy zwierząt. Dlatego taką metodę stosują rutynowo. W wielu miejscach Polski widziałem taką właśnie sytuację – ostatnio głośna jest sprawa w Bykowie czy w Turostowie w Wielkopolsce, gdzie byłem osobiście. Tam z założenia łamie się polskie prawo, a później usiłuje się legalizować to bezprawie. W następstwie mamy taką sytuację, że inni wielcy inwestorzy polscy, np. „Sokoły” będące własnością Skandynawów, wprowadzają systemy kontraktacji dla rolników, a w tym wszystkim jeszcze pomaga rząd. Pamiętamy, jak z zapasów rządowych rzucono 50 tys. ton mięsa na rynek, który się załamał. Chodzi o to, że rząd płacił mięsem zakładom wyrabiającym darmowe konserwy dla biednych. W ten sposób załamano ceny. W Stanach Zjednoczonych cały proces zdobywania rynków przez korporacje mięsne trwał ponad 15 lat. W Polsce odbywa się to – jak widać – błyskawicznie, gdyż przy wielkim wsparciu rządu. To, co najbardziej mnie martwi, to sprawa zagrożenia likwidacją małych rzeźni. Rząd polski wykonuje brudną robotę za wielkie koncerny i wprowadza prawa uniemożliwiające im funkcjonowanie. To będzie oznaczało skazanie polskich rolników na sprzedaż żywca wielkim koncernom, co prowadzi do uzależnienia polskich rolników od tych, którzy będą właścicielami zakładów mięsnych.

Czy nie jesteśmy mimowolnymi świadkami narodzin nowej, kolejnej odmiany terroryzmu, którego ofiarą mogą paść polscy rolnicy oraz konsumenci?

 – Oczywiście, takie działanie wielkich korporacji może się okazać niezwykle celnym uderzeniem w samo serce polskiej wsi, a nawet tożsamości narodowej. Jest jeszcze jedna rzecz. Jeżeli 1,5 mln polskich rolników będzie musiało odejść z rolnictwa, to gdzie oni będą mogli pójść, skoro w Polsce jest 20-procentowe bezrobocie. Jeśli przyjrzymy się rozporządzeniu ministra rolnictwa z marca 2001 r. w sprawie warunków, jakie muszą spełniać małe rzeźnie, to zobaczymy, że został wprowadzony limit 7 ton przerobu dziennie i traktuje się go jako limit przetrwania. Natomiast zakłady, które są poniżej tego limitu, nie mają szans na przetrwanie. A całe to rozporządzenie zostało wprowadzone pod hasłem przystosowania prawa do przepisów UE. To jest zwyczajne oszustwo i kłamstwo. Istnieje dyrektywa UE z 1995 r., która pozwala małym rzeźniom produkować na rynek krajowy i wyłącza je z tych regulacji, którym podlegają wielkie rzeźnie. W regulacjach unijnych jest określona ilość zwierząt, które można przerobić w takim małym zakładzie. W Polsce natomiast wykorzystuje się takie regulacje, które pomagają zepchnąć małe rzeźnie do klasy C, które są określane jako te, które nie mają szans na dostosowanie się do warunków unijnych. W Irlandii, we Francji czy w Niemczech poszczególne rządy – de facto – subsydiują małe zakłady mięsne. I tak np. w Irlandii liczba małych podmiotów przemysłu mięsnego stale rośnie. Polskie ministerstwo rolnictwa dokonuje tutaj wielkiego oszustwa i wprowadza rolników w błąd, używając argumentacji o wymogach unijnych. Argument podniesienia wymagań sanitarnych jest niepoważny. Dlaczego? Bo jeśli się prześledzi upadek małych rzeźni w USA i rozwój gigantów, to stwierdzi się, że np. liczba zatruć zwiększyła się o 500 proc. W latach 60. było w USA od 300 do 500 zgonów spowodowanych zatruciami pokarmowymi. W tej chwili, właśnie z powodu „gigantyzacji”, mamy tych zgonów dziesiątki tysięcy.

W Polsce żartują, że właśnie z powodu niekorzystnych przepisów forsowanych przez naszych negocjatorów politykiem roku w Unii Europejskiej została minister Danuta Huebner…

 – To bardzo prawdopodobne. W Polsce istnieją już przecież wielkie sieci supermarketów, które sprzedają góry towarów wytwarzanych w UE w nadmiernych ilościach – one lądują teraz w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Mamy też wielkie korporacje rządzące rolnictwem. W USA doświadczyliśmy już tego, że farmerzy zostali poprowadzeni jak barany na rzeź. Przyczyniły się do tego związki zawodowe i wielu polityków. Teraz z ciężkim sercem muszę patrzeć, że analogiczne zjawisko odbywa się również w Polsce i to w tempie niewiarygodnie szybkim.

Czy chce Pan powiedzieć, że rolnicze związki zawodowe i PSL powielają te negatywne działania swoich amerykańskich odpowiedników?

 – W budynku Sejmu uczestniczyłem w konferencji poświęconej ochronie środowiska, której jednym z gości był Jarosław Kalinowski. Zaczął się on przedstawiać jako niezmordowany obrońca polskiej wsi i człowiek wielce sobie ceniący swoje wiejskie korzenie. Słysząc to, odczułem coś w rodzaju mdłości. W pierwszym roku po wejściu Smithfielda do Polski było wiele protestów i przeciwdziałań, lecz później to wszystko uległo osłabieniu. Jeżeli uczciwi ludzie, patrioci kochający Polskę nie zjednoczą swoich wysiłków, to za jakiś czas może się okazać, że jest już za późno. Kilka tygodni temu jedna z gazet opublikowała wypowiedź wiceprezesa Smithfield Foods, który stwierdził, iż jego firma jest częścią polskiego rolnictwa. Ja uważam, że faktycznie jest częścią polskiego rolnictwa, ale w takim sensie, w jakim komórka rakowa jest częścią umierającego organizmu.

Trzeba jeszcze podkreślić taką rzecz, że ten napływ korupcyjnego pieniądza do Waszego kraju zaczyna po prostu zagrażać demokracji. Polityk nie realizuje już woli wyborców, lecz kogoś innego.

Widzi Pan jakiś optymistyczny scenariusz dla polskiej wsi i rolnictwa?

 – Uważam skandynawski model rolnictwa za model budzący nadzieję i godny naśladowania. Szwedzi nigdy nie wpuścili do siebie hodowli na wielką skalę. Podstawą tego systemu jest ludzkie traktowanie zwierząt. Tamtejsze zwierzęta nie są traktowane tak, aby wycisnąć z nich maksymalnie dużo. Istnieje zjawisko harmonii w traktowaniu zwierzęcia gospodarczego. Natomiast w chowie przemysłowym takim elementem charakterystycznym jest wyciskanie ze zwierzęcia maksimum możliwości. Takiego zjawiska w historii jeszcze nie było. Drogą do ocalenia polskiego rolnictwa i zatrzymania inwazji wielkich korporacji jest ścisłe przestrzeganie zasad utrzymania zwierząt, które musiałyby być egzekwowane przez państwo. Polacy powinni bronić swoich stałych praw i odpowiedzieć kontratakiem.

Jak Pan ocenia to, co obecnie dzieje się w środku zielonych płuc Europy, czyli w Bykowie koło Kętrzyna?

 – W USA widzieliśmy wiele razy taką metodę, że inwestor najpierw zakorzenia się i wkłada nogę między drzwi. Później biadoli, że byłyby straty, bo tu coś trzeba zmieniać i w ten sposób na władzach wymusza się status quo. Tak działającej korporacji nie można określić inaczej, jak kogoś, kto traktuje Polskę jako kraj trzeciego świata, jako republikę bananową, gdzie wszystko dozwolone, pod warunkiem, że w kieszeni jest odpowiednia ilość gotówki. Podobne zjawisko zachodzi w wielu miejscach Polski. Mocno zaniepokoiła mnie pogłoska, że ktoś z amerykańskiej ambasady pojawił się w Warmińsko-Mazurskiem, aby prawdopodobnie wpłynąć na powstałą sytuację w Bykowie. To jest bardzo niebezpieczny sygnał.

Skąd bierze Pan odwagę, by walczyć o dobro ludzi, zwierząt i środowiska? Nie boi się Pan?

 – W USA wiele osób walczy z korporacjami drzewnymi czy innymi i zdarzało się, że wielu z nich straciło domy w wyniku podpaleń, inni zaś zniknęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Smithfield ma w USA renomę ostrego przeciwnika związków zawodowych. Były sytuacje pobicia aktywistów związkowych. Największe korporacje, o których mówimy, wygrały wojnę ze związkami zawodowymi. W ich fabrykach i przetwórniach związki zawodowe nie mają prawa istnieć. Wskutek takich działań w zakładach mięsnych pracownik zarabia tylko trzecią część tego, co zarabiał 30 lat temu. Są sytuacje na liniach przetwórczych, że pracujące tam kobiety muszą nosić pampersy, bo nie wolno im wyjść do toalety. Wskaźnik zranień i wypadków w przemyśle mięsnym sześciokrotnie przewyższa ich liczbę w górnictwie! Tutaj widzimy nierozerwalny związek między bezdusznym i okrutnym traktowaniu zwierząt a bezwzględnym traktowaniem ludzi i pracowników swoich firm. Czy taka ma być przyszłość polskiej wsi i polskiego przetwórstwa mięsnego?

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: Nasz Dziennik