Rozmowa z ministrem rolnictwa Wojciechem Olejniczakiem

Pieniądze na dodatkowe dopłaty dla rolników są zagwarantowane w budżecie, tym nie ma się co zajmować. Teraz najważniejszą rzeczą jest uchwalenie ustawy, dzięki której trafią do rolników.

Krystyna Naszkowska: We wtorek rząd na Pana wniosek odrzucił dwa projekty ustawy – PSL i Samoobrony – gwarantującej rolnikom pieniądze z budżetu krajowego na dopłaty bezpośrednie. Czy to oznacza, że rząd nie zamierza dopłacać polskim rolnikom, by w pierwszym roku akcesji uzyskali 55 proc. dopłat, jakie mają farmerzy w Unii?

Wojciech Olejniczak: Nie. Rząd odrzucił te projekty, bo one niczego nie załatwiały, były tylko wydarzeniem politycznym. Nigdy dotychczas nie było takiego zwyczaju, żeby odrębną ustawą załatwiać jakieś pieniądze, nawet na ważny cel. Od tego jest ustawa budżetowa.

Jak to niczego nie załatwiały? W ten sposób posłowie zmusiliby rząd, by wypełnił swoje obietnice i dołożył naszym rolnikom do tego, co da im Bruksela.

 – Ależ rząd gwarantuje spełnienie tych obietnic, bo w projekcie ustawy budżetowej jest już zapisane na ten cel 2,4 mld zł, a z wyliczeń wynika, że tyle potrzeba, by wszyscy rolnicy skorzystali z dopłat. Jeśli posłom tak zależy na gwarancjach, to niech poprą w Sejmie projekt tego budżetu. Nie trzeba wprowadzać nowej ustawy, bo ona tylko przedłuży sprawę – zaczęły by się teraz wielotygodniowe dyskusje. A tu trzeba pracować nad ustawą o dopłatach bezpośrednich, dobrze by było, gdyby posłowie tu się zaangażowali, zamiast rozgrywać kwestię pieniędzy budżetowych, które i bez nich są.

„Rzeczpospolita” napisała niedawno, że takich gwarancji nadal nie ma, bo w budżecie Ministerstwa Rolnictwa na dopłaty jest zapisane tylko 1,2 mld zł. Rolnicy nie dostaną więc 55 proc. dopłat unijnych.

 – To nieprawda. Wszystko zależy od sposobu konstruowania budżetu. Owszem, chyba przez jeden dzień funkcjonował projekt budżetu przygotowany przez resort finansów, który środki unijne podzielił między poszczególne resorty – i wtedy na Ministerstwo Rolnictwa przypadało 1,2 mln zł. Ale ten projekt został odrzucony i przedstawiony nowy, gdzie wszystkie środki są razem. Jednak oba projekty zapewniały rolnikom 2,4 mld zł na dopłaty.

Co to znaczy, że posłowie mają pracować nad ustawą o dopłatach?

 – Pieniądze są zagwarantowane, tym nie ma co się zajmować. Ale nie wiadomo, czy trafią one do rolników. Mamy przecież negatywne doświadczenia chociażby z programem SAPARD – środki z Unii przyszły, ale niewielu rolników z nich skorzystało, bo procedury są zbyt skomplikowane. Musimy więc w ustawie zapisać precyzyjnie, kto dostanie dopłaty, na jakiej zasadzie, co ma być we wniosku rolnika, jak rozwiązywać ewentualne konflikty między Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa a rolnikiem, co zrobić, jeśli dwóch rolników złoży wniosek na tę samą działkę itd. To musi być załatwione ustawowo.

Nie możemy ściągnąć tych rozwiązań z Unii?

 – Nie, bo tam nie ma takiego systemu dzielenia dopłat, jaki przyjęliśmy u nas. Nasz system jest nowatorski. Chociaż Unia będzie się ze swojego obecnego wycofywać, to nie ma jeszcze żadnych dyrektyw w tej sprawie. Powiem więcej – Unia liczy na nasze propozycje, chce przyjąć dyrektywy dopiero w lutym, marcu przyszłego roku, a my musimy mieć ustawę wcześniej, by zdążyć na czas z dopłatami w roku przyszłym. Jesteśmy cały czas w kontakcie z Brukselą, wszystko ustalamy. Mamy szansę wypracowania modelu dzielenia dopłat, który potem będzie obowiązywał w całej Unii.

Na jakim etapie prac nad ustawą jesteśmy?

 – Ministerstwo Rolnictwa przygotowało już projekt, teraz jest on w uzgodnieniach międzyresortowych. Pod koniec sierpnia powinien trafić pod obrady rządu, a we wrześniu do Sejmu. Chciałbym, by posłowie zaangażowali się w pracy nad tą ustawą, by była naprawdę dobra dla rolników i godna rozpropagowania w Unii.

Źródło: Gazeta Wyborcza