Mówi wicepremier Kalinowski

Staliśmy pod ścianą. – To nie był sukces, ale dobry wynik – tak wynik negocjacji ocenia wicepremier i szef PSL jarosław Kalinowski.

Krystyna Naszkowska: Czy już Pan policzył, ile rolnik Kalinowski otrzyma dopłat bezpośrednich w pierwszym roku po naszej akcesji?

Jarosław Kalinowski: Nie liczyłem, ale jeśli przyjmiemy, że średnia dopłata do jednego hektara przez pierwsze trzy lata wyniesie 350 zł, to do moich 20 hektarów będę otrzymywał po 7 tys. zł rocznie.

A poza dopłatami sięgnie Pan jeszcze do unijnej kieszeni?

Owszem, ministrem się bywa, a rolnikiem się jest. Ja myślę o swoim gospodarstwie, więc wczoraj robiliśmy inwentaryzację chlewni, w którą chcę zainwestować pieniądze z funduszy unijnych.

Premier Leszek Miller powiedział po zakończeniu negocjacji, że to był chyba najważniejszy dzień w jego życiu. Dzień sukcesu – dla Pana też?

Dla mnie to nie był sukces, ale dobry wynik. Szkoda, że nie lepszy. Jestem też przekonany, że uczestniczyłem w czymś wyjątkowym, epokowym.

A jednak nie było Pana na ostatniej konferencji prasowej z Leszkiem Millerem w Kopenhadze. Czy to przypadek, czy demonstracja?

Nie poszedłem, bo uważałem, że powinien na tej konferencji być sam premier. Więc ani przypadek, ani demonstracja.

Dlaczego uważa Pan wynik negocjacji za dobry?

Jest dobry, jeśli weźmiemy pod uwagę okoliczności tego ostatniego dnia i wielu tygodni poprzedzających. Gdyby wśród naszych polityków wcześniej była większa wiara w możliwość uzyskania lepszych warunków dla rolnictwa, to osiągnęlibyśmy więcej.

Muszę powiedzieć, że ten ostatni dzień był naprawdę dramatyczny. Gdy rano, w piątek, premier Miller spotkał się z premierem Danii, okazało się, że trzeba natychmiast zmienić całą naszą strategię negocjacyjną. Leszek Miller wziął ten naprawdę wielki ciężar na siebie i sprostał temu naprawdę ogromnemu zadaniu.

To co się takiego wydarzyło rano w Kopenhadze?

Okazało się, że stoimy pod ścianą i strategia, jaką przywieźliśmy z Polski, jest w tej sytuacji nieprzydatna. Trzeba było zmienić zasadnicze elementy w naszym pakiecie. Ale przepraszam, nic więcej nie powiem.

Co Pan jako minister rolnictwa uważa za największy sukces tych negocjacji?

Zwiększenie o 1,5 mln ton kwoty mleka, jaką nasze mleczarnie mogą kupować i przerabiać z krajowego mleka.

No tak, ale przecież to jest tylko przesunięcie, a nie zwiększenie. Unia nie zgodziła się przecież na zwiększenie limitu produkcji, tylko zgodziła się przesunąć 1,5 mln ton, które było zapisane jako mleko na samo zaopatrzenie i rezerwa restrukturyzacyjna, do puli, którą mogą przerabiać mleczarnie.

Ja to nazywam nie przesunięcie, ale odzyskaniem. To mleko było tylko na papierze, a teraz nasze mleczarnie mogą je realnie przerabiać. Przecież Unia dawała nam zgodę tylko na przerabianie 7 mln ton rocznie, podczas gdy my już w tym roku przerobimy 7,4 mln ton. To, jak pani mówi, przesunięcie oznacza, że nasze mleczarstwo może się rozwijać przez blisko osiem lat, gdy według mnie dopiero po takim czasie osiągniemy poziom przerobu na 8,5 mln ton.

To dopłaty nie były najważniejsze w tym wszystkim?

Są ważne, ale tak czy owak one z roku na rok by rosły. Natomiast zamrożenie produkcji mleka na obecnym poziomie oznaczałoby zduszenie naszego rolnictwa. Mleczarstwo jest bowiem podstawą funkcjonowania polskiego rolnictwa.

A czego Pan najbardziej żałuje, że nie udało się uzyskać?

Większego plonu referencyjnego dla zbóż. Martwię się, bo to stawia w bardzo trudnej sytuacji naszych najlepszych producentów zbóż, którzy już w tej chwili zbierają od sześć-osiem ton z hektara. Ale nie wszystko można załatwić ostatniego dnia. Tego się nie udało.

To może powiedzmy wreszcie, jakie błędy popełniliśmy w czasie tych negocjacji, a których można było uniknąć, żeby osiągnąć więcej.

Za wcześnie, by o tym mówić. Teraz cieszmy się z efektu końcowego, a on jest – jak mówiłem – dobry.

Źródło: Gazeta Wyborcza