Dylematy polskiego rządu przed rolnymi negocjacjami z UE

W rządzie toczy się dysputa na temat tego, jaką strategię ma przyjąć Polska w ostatniej fazie negocjacji z Unią Europejską. Lobby rolne chce postawić wszystko na jedną – „zieloną” – kartę. Ta karta może drogo kosztować, także nas – podatników.

Utrzymanie ceł na zboża, wołowinę i artykuły mleczarskie z Unii, miliardy złotych z polskiego budżetu na dotacje do produkcji rolnej i na pomoc publiczną dla rolników, płatności bezpośrednie głównie dla wielkich gospodarstw… Tak mniej więcej wyglądałyby główne zręby polskiego stanowiska na rokowania rolne z UE, gdyby rządził PSL, a kluczowym resortem było Ministerstwo Rolnictwa. Rząd jest jednak koalicyjny. Lobby rolne zdaje sobie sprawę, że przeforsowanie pewnych skrajnych rozwiązań negocjacyjnych nie będzie łatwe.

Zielone podatki?

Do przyszłego piątku światło dzienne ujrzeć ma projekt polskiego stanowiska na rokowania rolne z Unią. Z naszych informacji wynika, że jego pierwsze zręby (opracowane przez resort rolnictwa, którego szefem jest wicepremier i szef PSL Jarosław Kalinowski) nie zachwyciły całego rządu – a w szczególności Ministerstwa Finansów. Stanowisko forsowane przez resort rolnictwa zakładało uruchomienie potężnych kwot – ok. 12 mld zł rocznie! – na wsparcie rolnictwa jeszcze przed wejściem do UE i kilka lat po wejściu. Wszystko pod hasłem wyrównywania warunków konkurencji polskiego rolnictwa w Unii.

Jak dowiedziała się „Gazeta”, resort rolnictwa chciał, by pieniądze te przeznaczyć na pomoc publiczną dla rolnictwa (m.in. dopłaty do nawozów i paliw) oraz dopłaty do produkcji rolnej. Lobby rolne w polskim rządzie uważa, że jeszcze przed wejściem do Wspólnoty trzeba stworzyć system subsydiowania produkcji podobny do działającego w Unii. O ile w Unii dotacje do produkcji i eksportu są finansowane ze wspólnej kasy, na którą składają się wszyscy członkowie, w Polsce pieniądze na dotacje trzeba by wygospodarować ze skromnego przecież budżetu narodowego.

Dodatkowe miliardy dla rolnictwa byłyby też potrzebne jeszcze przez parę lat po wejściu Polski do Unii. Komisja Europejska zakłada bowiem, że Polska mogłaby uzupełnić z własnego budżetu proponowane przez UE dopłaty dla rolników – ale tylko do poziomu 100 proc. unijnego wsparcia (lub tego, które przysługiwało polskim rolnikom w kraju w 2001 r.). Ponieważ Bruksela proponuje stopniowy wzrost płatności – startując od 25 proc. w 2004 r. – rządowi przyszłoby uzupełnić z roku na rok odpowiednio do maksimum 75, 70, 65 proc., itd.

Jak się dowiedziała „Gazeta” konsekwencją realizacji tego scenariusza musiałoby być podniesienie podatków dochodowych dla wszystkich Polaków. Zdaniem naszych źródeł zagroził tym resort finansów w pierwszej reakcji na nieoficjalne jeszcze propozycje lobby rolnego.

Celne bariery?

Wstępny pakiet negocjacyjny Ministerstwa Rolnictwa zakłada nie tylko pompowanie miliardów w rolnictwo, ale i – w razie potrzeby – utrzymanie przez kilka lat po wejściu do Unii ceł na część „wrażliwych” produktów rolnych z UE. Wyższe cła miałyby chronić polskich producentów np. przed dotowaną w wyższym stopniu w Unii niż w Polsce pszenicą. Wicepremier minister rolnictwa Jarosław Kalinowski wielokrotnie wspominał o możliwości utrzymania przez Polskę w Unii ochrony celnej części towarów. W czasie jednego ze spotkań w Zamościu w czerwcu br. powiedział, że mogłoby chodzić o ochronę rynku zbóż, mięsa i mleka. Cła miałyby zniknąć wraz z wyrównaniem poziomu subsydiów dla polskich i unijnych rolników.

Rząd zdaje sobie sprawę, że forsowanie ceł może oznaczać konfrontację z Unią. Na utrzymanie ochrony celnej przez Polskę bardzo niechętnie zapatruje się komisarz rolny Franz Fischler. W samej Komisji i pośród państw członkowskich nie brakuje jednak urzędników, którzy uważają, że polski postulat należałoby rozpatrzyć. Konsekwencją wybrania tego wariantu zachowania równej konkurencji byłoby jednak utrzymanie granicy celnej z UE. Tylko w teorii więc Polska stałaby się po wejściu do Unii częścią jednolitego rynku bez barier i kontroli celnych.

Dużo dużym, mało wszystkim?

Jak dotąd rząd nie rozstrzygnął też zasadniczej kwestii – w jaki sposób podzielić płatności bezpośrednie między rolników. – My nawet nie wiemy, czy chcemy, żeby wszyscy rolnicy dostawali dopłaty – skarżył się niedawno w Brukseli były premier Józef Oleksy. – Nie daj Boże, żeby Unia nam powiedziała – no dobra, chcecie więcej na dopłaty, jakoś to przeforsujemy. I co – jak to podzielimy? Żadne studyjne prace się nie odbywają – tłumaczył dziennikarzom.

Unia pozostawia rządowi wolną rękę, ale sugeruje tzw. system uproszczony, który gwarantuje wypłatę subsydiów większej liczbie spośród 2 mln gospodarstw. W tym wariancie – jak mówią eksperci Komisji – każdy z rolników otrzyma „coś z Brukseli”. Wzrośnie więc poparcie dla integracji w najbardziej eurosceptycznej części Polski – na wsi.

Wicepremier Jarosław Kalinowski optuje jednak za drugim rozwiązaniem – obowiązującym w obecnej Unii. Wysokość dopłat nie jest w nim uzależniona od powierzchni, ale od rodzaju upraw, plonów i efektywności. Warunkiem jest jednak uruchomienie na czas systemu ewidencji produkcji rolnej IACS i rejestracji zwierząt. Oba te przedsięwzięcia są opóźnione, a Polakom kojarzą się bardziej z aferami niż z wchodzeniem do Unii.

Co więcej, nieoficjalnie wiadomo, że przyjęcie wariantu normalnej dystrybucji płatności ograniczyłoby znacznie liczbę potencjalnych odbiorców subsydiów. O ile w wariancie uproszczonym niemal każde gospodarstwo dostałoby trochę dotacji, z drugiego sposobu podziału pieniędzy skorzystałyby nieliczne gospodarstwa wielkotowarowe. Skrajna z opinii krążących w kuluarach resortu rolnictwa mówi, że gros dopłat poszłoby dla 55 tys. wielkich gospodarstw, które byłyby w stanie sprostać unijnej konkurencji. Taki podział unijnych subsydiów na pewno podzieliłby polską wieś.

Źródło: Gazeta Wyborcza