Upadają małe piekarnie

Chlebopodobne wyroby zalegają na półkach i w żołądkach. Polakom marzy się chleb z prawdziwego zdarzenia i po niego jeżdżą do miejsc, o których wieść dochodzi pocztą pantoflową. Najczęściej takie bochenki powstają w niewielkich, rodzinnych piekarniach. Jednak jest ich niemało w Polsce – zwłaszcza w miejscowościach, które nie mają hiper- lub superkonkurencji. Wydawałoby się, że wiedzie im się świetnie – pieczywo to nasz produkt powszedni. Nic bardziej mylnego.
Według danych z 2005 r. mieliśmy 6,8 tys. piekarni zatrudniających do dziewięciu osób. To one wypiekały co trzeci chleb trafiający na polskie stoły. Z kolei 3,6 tys. firm małych zatrudniających 10-49 osób miały 42-procentowy udział w rynku. Duże piekarnie, zatrudniające od 50 do 249 osób piekły tylko co piąty chleb. Obecnie szansę na przetrwanie mają molochy, produkujące dla wielkich firm. Małe nie dają rady. Rocznie plajtuje ok. 160 małych piekarń.

Gdyby nawet piekarnie chciały – nie miałyby kogo zatrudniać. – Piekarnie proponują fachowcom płace, które za tak ciężką pracę są nie do przyjęcia. Oferują około 1,2 tys. zł miesięcznie na rękę – mówi Katarzyna Szyszko, właścicielka agencji doradztwa personalnego Gawo z Gdyni, sprowadzająca piekarzy z Ukrainy. – Przy takich stawkach Ukraińcy też nie chcą w polskich piekarniach pracować.

Najtrudniej znaleźć pracowników w aglomeracjach i blisko zachodniej granicy, gdzie emigracja osiągnęła dużą skalę.

W Europie rynek piekarniczy wart jest 14 mld euro rośnie w tempie około 4,5 proc. rocznie, a w Polsce, gdzie tradycyjna rodzina kupuje każdego dnia jeden chleb – 35 mln zł dziennie, a 3,5 mld euro rocznie. Warto to utrzymać, tym bardziej, że słyniemy ze wspaniałych tradycji. Reprezentacja naszego kraju podczas Mistrzostw Świata w Piekarstwie Paryż 2008 zajęła siódme miejsce.

Źródło: Dziennik Zachodni