Byd-Meat staje nad przepaścią

Bydgoskie Zakłady Mięsne Byd-Meat na skraju upadku. Od ponad tygodnia zawieszona jest produkcja, pracownicy nie dostają pensji, a pod firmą koczują rolnicy, domagając się zapłaty za dostarczone mięso. Wszyscy winą za fatalną sytuację obarczają prezesa.

Danuta Czyżewska pracuje w Byd-Meat od ponad 40 lat. Nie pamięta, żeby było tak źle jak teraz. – Pracownicy zostali wysłani na przymusowe urlopy, nie wiadomo, czy i kiedy będą mogli wrócić do pracy, produkcja jest całkowicie zawieszona, a na dodatek załoga nie dostała wypłat za maj i czerwiec – wymienia.

Nadzieje na uratowanie firmy rzeczywiście są niewielkie. Już został złożony wniosek do sądu gospodarczego o ogłoszenie upadłości spółki, a także należących do niej Zakładów Mięsnych Kujawy. Decyzja powinna zapaść jeszcze w tym miesiącu.

Za tę sytuację Czyżewska wini prezesa zakładów Marka Sadkowskiego. – On jest nieudolny i nie nadaje się na to stanowisko. Wiele razy mu mówiłam: „Panie prezesie. Potrzebna jest szybka restrukturyzacja. Musimy poszukać oszczędności, bo sobie nie poradzimy”. Twierdził jednak, że ma pomysł na rozwiązanie złej sytuacji, że weźmie kredyty i wszystko będzie dobrze. Nic podobnego jednak się nie stało i doszło do tego, że nie da się już uratować firmy. A szkoda, bo mamy długoletnią tradycję i wspaniałe produkty. Naszą białą albo krakowską suchą zajadały się tłumy ludzi – mówi rozżalona kobieta.

Również Leszek Walczak, przewodniczący Regionu Bydgoskiego NSZZ „Solidarność” za fatalną sytuację wini prezesa. – Firma jest zarządzana bez żadnego pomysłu, a w dodatku w dziwnych okolicznościach są z niej wyprowadzane pieniądze. W dodatku dział marketingu zupełnie sobie nie radzi i nie potrafi wypracować odpowiedniej pozycji na rynku. Interweniowaliśmy wielokrotnie, pomagaliśmy odblokowywać konta po interwencjach komorników. Domagaliśmy się, żeby prezes znalazł wreszcie strategicznego inwestora, który uratuje zakłady. Nigdy jednak nie wykazywał chęci. Teraz wszystko się nawarstwiło i dla spółki już w zasadzie nie ma żadnego ratunku – twierdzi.

Pracownicy i specjaliści podkreślają, że czkawką odbiła się także przeprowadzka sprzed dwóch lat z centrum miasta na ul. Przemysłową. Choć sprzedane zostały atrakcyjne tereny przy ul. Jagiellońskiej, gdzie dziś mieści się Focus Park, nie udało się utrzymać płynności finansowej. – Te całe przenosiny to był ogromny błąd. Nie przewidziano wielu kosztów, a przez to pojawiły się kłopoty z wypłacaniem pensji i regulowaniem zobowiązań. A od tego już naprawdę krótka droga do zsunięcia się po równi pochyłej i ostatecznego upadku – twierdzi nasz informator, dobrze zorientowany w sytuacji zakładów.

Po ogłoszeniu upadłości budynki przy Przemysłowej najprawdopodobniej zostaną przejęte przez inwestora z branży. – Nie wiadomo jednak, czy będzie chciał sprzedawać wyroby pod szyldem Byd-Meat. Być może zostanie opracowana inna strategia, a znana i ceniona bydgoska marka bezpowrotnie zniknie z rynku – obawia się Walczak.

Tymczasem pod opustoszałą siedzibą firmy od kilku dni ustawiają się kolejki wierzycieli domagających się wypłaty zaległych pieniędzy. W środę pojawili się tam rolnicy, którzy dostarczali Byd-Meatowi mięso do produkcji wyrobów. Zapłaty za to nie dostali od maja. Każdemu z nich spółka jest winna nawet po kilka tysięcy złotych. Otrzymali ledwie 200 zł w formie zaliczki.

 – To jakaś kpina. Co ja mam z tym zrobić? Przecież muszę utrzymać gospodarstwo, zapłacić za wodę i prąd, i kupić paliwo. A oni dają mi jakieś ochłapy i mówią, że więcej nie mają. Co mnie to obchodzi? Dałem towar, chcę zapłaty – denerwował się Leszek Sikorski, producent wieprzowiny z Gościeradza, któremu firma jest winna prawie tysiąc złotych.

Najbardziej rolników irytowało, że prezes zupełnie ich ignoruje. – Umawia się z nami na konkretną godzinę, a później nie przyjeżdża albo ucieka bokami. W dodatku już nieraz przyłapaliśmy go, jak parkował za budynkiem, dzwonił do sekretarki, żeby przyniosła mu jakieś dokumenty i odjeżdżał, zanim zdążyliśmy z nim porozmawiać. Czy ktoś poważny urządza takie cyrki? – dopytują protestujący.

Zapowiadają, że się nie poddadzą. Także dziś będą okupować wejście do firmy. – Jak złapiemy prezesa, nie puścimy go, dopóki z nami nie porozmawia i nie przedstawi realnej propozycji zwrotu pieniędzy – zapowiada Sikorski.

Mimo licznych prób, nam też nie udało się porozmawiać z prezesem Sadkowskim. Pracownicy biurowi twierdzili, że jest na ważnych spotkaniach i nie może rozmawiać. Na pozostawiony numer telefonu przez dwa dni nie oddzwonił.

Źródło: Gazeta Wyborcza