Żywność drożeje. I będzie drożeć dalej

Rok temu bochenek chleba kosztował 2 zł, teraz już 2,5 a za kilka tygodni będzie kosztował 3 zł. Kostka masła zdrożała z 4,5 zł do 5,5 zł. Kilogram cukru tylko w ciągu ostatniego miesiąca skoczył z 1,9 zł do 2,5. Kiedy to się skończy? Nie w najbliższym czasie.

 – Koszty utrzymania wzrosły o 20 proc. – alarmował wczoraj na specjalnej konferencji prasowej PiS. Z prezentacji, którą pokazała partia, wynika, że od listopada zeszłego roku do kwietnia tego roku mleko, w zależności od województwa, podrożało od 7,02 do 21,6 proc; chleb – od 14,3 do 20,2 proc.; jabłka – od 16,6 do 21,6 proc.

Posłanki PiS: Aleksandra Natalli–Świat i Beata Szydło podkreślały, że koszty żywności i utrzymania mieszkania to najważniejsza pozycja „w budżecie każdej rodziny”. Według Głównego Urzędu Statystycznego udział wydatków na żywność i napoje bezalkoholowe to blisko 26 proc. ogółu wydatków przeciętnej rodziny.

Rząd wspomoże hipermarkety

Żywność i jej ceny to w ostatnim czasie najgorętszy temat polityczny zarówno w Europie, jak i poza nią. Według danych Eurostatu z ostatnich 12 miesięcy ceny żywności w Unii wzrosły średnio o 3,8 proc. Tak dużego wzrostu nie było w Eurolandzie od 16 lat. Najbardziej zdrożała żywność na Łotwie (16,6 proc.), w Bułgarii (13,2 proc.), na Litwie (11,4 proc.). W USA ceny rosną najszybciej od początku lat 90., w Japonii od 10 lat.

W zboża swoje aktywa lokują fundusze inwestycyjne. W ten sposób zastąpiły częściowo coraz słabszego dolara.

Politycy, aby uspokoić opinię publiczną, szukają najdziwniejszych środków, dzięki którym można będzie zapobiec dalszym podwyżkom. W poniedziałek francuski rząd zapowiedział, że pomoże otwierać… nowe supermarkety. Większa liczba sklepów ma wzmóc konkurencję na rynku, a co za tym idzie obniżyć ceny żywności. Dziś, aby otworzyć we Francji sklep o powierzchni powyżej 300 m kw., trzeba mieć specjalne zezwolenie. Doprowadziło to do sytuacji, że kilka dużych sieci kontroluje cały handel, a udział małych sklepów w rynku spadł w ciągu dekady z 23 proc. do 2,8 proc.

Minister gospodarki Christine Lagarde chce procedury uprościć. Reforma sektora handlowego we Francji ma zwiększyć tamtejsze PKB o 0,3 proc. i przynieść 50 tys. nowych miejsc pracy.

Sieciom dużych sklepów oraz producentom przygląda się też brytyjski urząd antymonopolowy. W poniedziałek sklepy, m.in. Tesco oraz Sainsbury, poinformowały, że pracownicy urzędu zwrócili się do z nich z żądaniem wyjaśnień. Urząd podejrzewa zmowy cenowe. Wcześniej brytyjski parlament przygotował listę zaleceń, które mają pomóc w rozwoju konkurencyjności wśród sieci sklepów. Wśród propozycji znalazł się pomysł powołania specjalnego rzecznika do spraw ustalania cen skupu produktów rolnych.

Kraje o słabo rozwiniętych gospodarkach, które są tradycyjnymi eksporterami żywności, ograniczyły eksport poprzez cła i limity. Tak zrobiła m.in. Ukraina i Tajlandia. Zrobiły to, bo przy zeszłorocznym nieurodzaju importerzy wyssaliby z tych krajów surowce, co wywołałoby duży wzrost cen żywności w tych krajach. – Dla krajów o niskich dochodach ludności, które w większości są przeznaczane przez obywateli na jedzenie, mogłoby to doprowadzić do politycznych niepokojów. Do tego żaden rząd nie chce dopuścić – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekspert Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”.

Czy politycy mają szanse odnieść sukces? Niestety nie. Żywność drożeje na świecie z wielu przyczyn i drożeć będzie nadal.

Plaga suszy i biopaliw

Podwyżki zaczęły się od nieurodzaju zbóż, który dotknął głównych eksporterów ziarna, czyli Australię, Nową Zelandię oraz Europę. Na południu Europy zboże zostało wypalone przez słońce. We Francji i w Niemczech zalały je deszcze. Fatalnie było na Ukrainie zwanej spichlerzem Europy – tak fatalnie, że rząd w obawie przez brakami na własnym rynku zakazał eksportu pszenicy. Razem ze wzrostem cen pszenicy drożała mąka, makarony i pieczywo. Zamiast drogiej pszenicy ludzie zaczęli kupować ryż. Efekt? Szybko zdrożał ryż.

Wielką konkurencją dla żywności okazały się nagle biopaliwa, w które zaczęto na potęgę inwestować z powodu rekordowych cen ropy. Ostatnie dane z USA mówią, że już czwarta część zbóż tu wytwarzanych idzie nie na konsumpcję, tylko na produkcję biopaliw. I z każdym rokiem ten udział się zwiększa. Podobnie jest z produkcją cukru. W Brazylii, największym na świecie producencie tego surowca, już 60 proc. produkcji idzie na biopaliwa. W rezultacie rosną ceny cukru.

Brakuje ziemi rolnej. Grunty nadające się pod uprawy rolne nie są z gumy, nie da się ich rozciągać w nieskończoność. Za to coraz więcej ziemi idzie pod zabudowę przemysłową, na drogi, pod zalesianie czy właśnie biopaliwa.

Wreszcie rolnikom nie pomaga pogoda. Wręcz przeciwnie, różnego rodzaju klęski na stałe wpisały się w nasz klimat. Klimatolodzy ostrzegają, iż obecnych klęsk nie należy zaliczać do klęsk pogodowych, tylko do trwałych zmian klimatycznych. Susza, powódź, gradobicie latem, zbyt mroźna lub zbyt ciepła zima itd. będą co roku niszczyły część zbiorów.

A popyt na żywność rośnie nieustająco, głównie ze względu na szaleńcze zapotrzebowanie ze strony krajów wschodzących, jak Chiny, Indie czy Brazylia, które wchłaniają jedną trzecią surowców całego świata. Kiedy wielka trójka zwiększa import, ceny na świecie gwałtownie rosną. Tak było z produktami mleczarskimi. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Chiny i Indie kupowały na potęgę mleko w proszku, masło i sery, które zdrożały o 100 proc.

Co zrobi Unia z rolnictwem?

Według ekspertów OECD popyt w Chinach, Indiach czy Brazylii będzie rósł szybciej niż produkcja co najmniej do 2013 r.

Niezależnie od tego czy najbliższych kilka miesięcy będzie urodzajne, czy nie, Unia musi też odbudować zapasy żywności, które systematycznie od dwóch lat rzucała na rynek, by zahamować wzrost cen.

Gwałtowne podwyżki cen to tragedia dla konsumentów, ale również paradoksalnie szansa dla Unii Europejskiej, aby zreformować swój system dopłat do rolnictwa.

Przez ostatnich kilka lat Unia zamiast dopłacać do produkcji rolnej (czyli im więcej wyprodukuję, tym większe są dopłaty) wprowadza dopłaty do wielkości gospodarstwa. Eksperci unijni wymyślili tę reformę, bo stary system dopłat tak rozbuchał produkcję zbóż, masła, mięsa, że do przechowywania nadwyżek i ich eksportowania na rynki krajów Unia co roku dopłacała grube miliony. Reforma miała sprawić, że rolnikom nie będzie się opłacało zwiększać produkcji.

 – Ta polityka została wymyślona w czasach, kiedy Europa miała kłopot z nadprodukcją żywności. Te czasy minęły. Na świecie żywności zaczyna brakować, rośnie zapotrzebowanie na nasze europejskie produkty. Tymczasem w Unii produkcja żywności nie rośnie, a nawet w wielu krajach spada – mówi prof. Jerzy Wilkin z UW.

 – W rolnictwie nie ma prostych sposobów zwiększenia wydajności. Dokonuje się on zwykle skokowo, w odstępach wieloletnich, dzięki nowym technologiom – twierdzi dr Starczewska-Krzysztoszek.

Prostym sposobem na wzrost wydajności jest np. wprowadzenie na szeroką skalę upraw roślin genetycznie modyfikowanych, które plonują obficie i są odporne na choroby i szkodniki. Jednak Europa na razie tylko na ten temat dyskutuje, bo niektóre kraje obawiają się GMO i nie godzą na dopuszczenie tych roślin do powszechnych upraw (Polska jest tu na czele listy sceptyków, a nawet przeciwników). Ale nawet jeśli Unia się na taki krok zdecyduje, to na efekt zwiększenia produkcji żywności musimy zaczekać co najmniej kilka lat.

 – Ponieważ na razie na taką technologiczną rewolucję się nie zanosi, Unia powinna przynajmniej przestać ograniczać produkcję – dodaje dr Starczewska-Krzysztoszek.

Źródło: Gazeta Wyborcza