GMO – decydujące starcie

Dyskusja nad uprawą w Polsce roślin genetycznie modyfikowanych oraz wprowadzaniem do obrotu żywności pochodzącej z tych roślin rozgorzała w ostatnich tygodniach z nową siłą. Zwolennicy i przeciwnicy GMO okopali się na swych pozycjach. Porozumienia nie widać, ale rozwiązania prawne władze muszą przedstawić w najbliższym czasie.

UE pozostawiła krajom członkowskim możliwość wprowadzenia ograniczeń w uprawie czy włączaniu do obrotu roślin genetycznie modyfikowanych lub uzyskanej z nich żywności – w postaci prawa do okresowego zawieszenia lub ograniczenia handlu, wykorzystania danej żywności lub jej składnika na swoim terytorium, jeżeli kraj posiada uzasadnione podstawy, by uznać, że stanowi ona zagrożenie dla zdrowia ludzkiego lub środowiska naturalnego. Kilka krajów unijnych skorzystało z tej możliwości: Austria zakazała uprawy na swym terytorium trzech odmian kukurydzy genetycznie modyfikowanej, Grecja, Węgry i Niemcy – jednej odmiany, Francja zaś – dwóch odmian rzepaku modyfikowanego. Polski rząd przedłożył w marcu 2005 r. wniosek o zakaz stosowania do siewu odmian kukurydzy modyfikowanej i obrotu jej materiałem siewnym.

Zakazy narodowe nie tylko spowodowały konflikty w łonie samej UE oraz zachęciły „niepokornych” wobec unijnego prawa, dopuszczającego GMO, do kierowania skarg do Trybunału w Strasburgu. Stały się też przyczyną poważnego sporu pomiędzy Unią a Stanami Zjednoczonymi, Kanadą i Argentyną, które złożyły do WTO protest przeciw takim praktykom, a organizacja ta udzieliła pozywającym państwom wstępnego poparcia.

Polska partyzantka

Genetycznie modyfikowane odmiany kukurydzy i rzepaku zyskują coraz więcej zwolenników wśród unijnych rolników, zaś do obrotu na terenie Wspólnoty dopuszczono już 24 produkty zmodyfikowane genetycznie (12 odmian kukurydzy, 6 – rzepaku, 5 – bawełny oraz jedną – soi), zaś 30 wniosków w sprawie dopuszczenia czeka na decyzję lub ponowną autoryzację.

W Polsce ani jedna z odmian roślin genetycznie modyfikowanych nie została dopuszczona prawnie do uprawy, co skutkuje przede wszystkim zakazem obrotu ich materiałem siewnym. Granice wewnętrzne Unii są otwarte dla przepływu towarów, więc polscy rolnicy poradzili sobie z zakazem, kupując modyfikowane nasiona u naszych sąsiadów – w ubiegłym roku obsiali modyfikowaną kukurydzą już 400 ha. I nie z powodu przekory ani złośliwości czy też rolniczej nieodpowiedzialności, ale dla istotnych korzyści, jakie odnoszą z modyfikowanych upraw. Plantatorzy kukurydzy, szczególnie w obszarze jej intensywnej uprawy w południowo-zachodniej Polsce, ponoszą coraz bardziej dotkliwe straty z powodu inwazji groźnego szkodnika – omacnicy prosowianki. Szkodnik powoduje nie tylko duże straty w plonie, ale też obniżenie jakości ziarna: ze względu na obecność toksyn grzybowych (a rozwojowi grzybów sprzyjają uszkodzenia nasion przez szkodnika) ziarno jest często dyskwalifikowane. Alternatywą dla uprawy odmian modyfikowanych odpornych na szkodnika jest jedynie chemiczna ochrona: obciążająca środowisko, kosztowna i trudna technicznie (rośliny kukurydzy szybko osiągają znaczne rozmiary, co bardzo utrudnia operowanie sprzętem do oprysku na plantacjach).

Dla modyfikowanej nie ma alternatywy?

Korzyści z uprawy odmian roślin modyfikowanych widać nie tylko gołym okiem w postaci dorodnych, nie zniszczonych przez szkodniki roślin, ale też na arkuszach ekonomicznej kalkulacji. Jak wynika z obliczeń specjalistów, opłacalność uprawy modyfikowanej kukurydzy w Polsce jest nawet o 25 proc. wyższa niż konwencjonalnej! Obecnie, gdy uprawa kukurydzy, rzepaku i buraków cukrowych nabrała nowego znaczenia wobec wciąż rosnącego zapotrzebowania na biopaliwa, taka różnica w dochodach z plantacji, wynikająca z niższych kosztów ochrony chemicznej oraz większego, lepszej jakości plonu, stała się wyjątkowo atrakcyjna. A kierowcy pojazdów nie będą, w przeciwieństwie do konsumentów żywności, zastanawiać się, czy bioetanol lub biodiesel w ich baku pochodzi z roślin GMO czy konwencjonalnych. Nic dziwnego więc, że choć jeszcze kilka lat temu około 60 proc. ankietowanych polskich rolników deklarowało, że nie będzie uprawiać genetycznie modyfikowanych odmian roślin, dziś takie rośliny chętnie widziałoby na swych polach już 70 proc. ankietowanych.

Trudno znaleźć przeciwników zastosowania soi z odmian modyfikowanych w paszach dla zwierząt wśród producentów trzody i drobiu cierpiących zresztą na skutek dekoniunktury na rynku mięsa i niskich cen. To zagadnienie nie wywołuje jednak aż tak gorących, jak w przypadku uprawy roślin, sprzeciwów ze strony przeciwników GMO. O uprawie soi w warunkach polskich nie ma wszak mowy, gra idzie jedynie o zezwolenie na stosowanie w paszach importowanej śruty sojowej z odmian genetycznie modyfikowanych. Jednak decyzja o zaakceptowaniu, przynajmniej czasowym, stosowania śr uty z soi GMO w paszach nie jest jednoznaczna. Poprzednie kierownictwo resortu rolnictwa było zdecydowanie przeciwne śrucie GMO w paszach dla polskiego inwentarza: forsowano wręcz pogląd, iż śrutę tę można będzie łatwo zastąpić białkiem paszowym krajowego pochodzenia – śrutą rzepakową i nasionami roślin strączkowych. Gdy specjaliści z zakresu żywienia zwierząt i gospodarki paszowej wykazali, iż nie jest to możliwe (śruta rzepakowa ma ograniczone zastosowanie w żywieniu zwierząt, zresztą produkujemy jej zbyt mało jak na krajowe potrzeby, a wielkość produkcji strączkowych sytuuje je w grupie pasz niszowych), próbowano przekonać rolników, że istnieje realna możliwość sprowadzenia potrzebnych corocznie naszemu przemysłowi paszowemu dwóch milionów ton śruty… z Ukrainy, gdzie zarówno uprawa soi, jak i infrastruktura do jej przerobu i transportu dopiero raczkują.

Choć atmosfera wokół śruty sojowej GMO jakby się nieco ociepliła, trudno dziwić się jednak, że nawet nowe ekipy ministerstw rolnictwa i środowiska, bardziej początkowo przychylne biotechnologii w polskim rolnictwie, nie kwapią się do szerokiego otwarcia granic dla GMO. Jak wykazują bowiem badania opinii publicznej, 70 proc. naszego społeczeństwa nastawione jest negatywnie do żywności modyfikowanej genetycznie (badania Marlin& Jacob, grudzień 2007 r.). Chociaż, jak zwraca uwagę prof. Tomasz Twardowski z Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN, punkt widzenia dużej części respondentów wynikał z bardzo ograniczonej wiedzy na ten temat.

Nie istnieją żadne, jak dotąd, wyniki badań, a przeprowadzono ich w Unii Europejskiej wiele i ze znaczną wnikliwością, które sugerowałyby, iż żywność z roślin modyfikowanych może nieść niebezpieczeństwo dla zdrowia człowieka – twierdzą naukowcy. Bardzo skrupulatny w badaniach i ostrożny w opiniach Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) na podstawie wieloletnich badań zaakceptował obecność tych organizmów w środowisku, paszach i żywności jako nie niosących zagrożeń w skali populacyjnej i nie wywołujących ujemnych skutków dla zdrowia ludzi, zwierząt i środowiska.

Strachy na Lachy…

Byłoby jednak niebezpiecznym uproszczeniem sprowadzanie poglądów przeciwników GMO, w tym biologów, ekologów i „zielonych”, jedynie do kategorii ideologicznego zacietrzewienia. Komitet Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk pisze m.in.: „Nagłe przyspieszenie działań mających ułatwić wprowadzenie GMO jest oczywistym wynikiem nacisku władz Unii Europejskiej naruszających jej własne zasady demokratyczne (zasadę wolnego wyboru przez obywateli, zasadę subsydiarności czy konwencję o bioróżnorodności)… Wdrażanie nowych technologii powinno następować po wykluczeniu możliwości wystąpienia negatywnych skutków zdrowotnych, ekologicznych i ekonomicznych. Nakazuje to jedna z głównych zasad prawnych Unii Europejskiej, zasada przezorności, obecnie także jawnie naruszana przez jej władze. (…) Z grona nauk oceniających wpływ GMO na stan środowiska wyłączana jest ekologia – nauka badająca wielowymiarowe interakcje zachodzące między organizmami oraz oddziaływania między organizmami a ich środowiskiem, (…) a już na obecnym poziomie wiedzy dają się zauważyć poważne i nieodwracalne zagrożenia ekologiczne, jakie GMO niesie dla całości środowiska przyrodniczego”.

Mimo przestrzegania wszelkich prawideł koegzystencji pomiędzy roślinami konwencjonalnymi a zmodyfikowanymi genetycznie, nie można z całą pewnością wykluczyć naruszenia zasady bioróżnorodności czy też bogactwa ekosystemów. Nikt odpowiedzialny nie zapewni też, że rośliny genetycznie modyfikowane nie będą miały wpływu na egzystencję człowieka w perspektywie kilku pokoleń.

Dyskusja nad pryncypiami, ideami i daleką przyszłością świata z lub bez GMO toczy się w gronie profesorów, ekspertów, działaczy ruchów ekologicznych. Tymczasem skrzeczy rzeczywistość w postaci konieczności podjęcia decyzji określających ramy prawne obecności organizmów modyfikowanych w polskiej gospodarce. Na tym właśnie poziomie dyskutują producenci rolni, przetwórcy, specjaliści w zakresie gospodarki, przedstawiciele administracji i prawnicy. Na pewno warta rozważenia jest perspektywa utworzenia z Polski strefy bez GMO, co pozwalałoby, korzystając ze stosunkowo mało jeszcze zanieczyszczonego środowiska, produkować i eksportować czystą ekologicznie, konwencjonalną żywność. Jednak rzeczywistość gospodarcza, opinie ekonomistów, stanowisko Rady Gospodarki Żywnościowej, Mazowieckiej Izby Rolniczej i innych gremiów nie pozostawiają złudzeń. Uczynienie z produkcji wyłącznie konwencjonalnej, ekologicznej żywności bez GMO liczącej się gałęzi gospodarki narodowej dużego kraju europejskiego nie jest na razie możliwe. Mimo wielkiego wsparcia, promocji i wszechstronnego propagowania, produkcja i sprzedaż żywności ekologicznej nawet w bogatych krajach UE stanowi zaledwie parę procent ogółu żywności. Barierą są wysokie koszty produkcji oraz niska wydajność i duża pracochłonność, co sprawia, że koszty tej żywności są i będą sporo wyższe niż produkowanej masowo.

Alarm dla drobiarstwa

Bezpośrednim zagrożeniem dla konkurencyjności, a nawet egzystencji produkcji zwierzęcej w Polsce – szczególnie wieprzowiny i drobiu – jest wciąż rozważany zakaz przywozu i stosowania w paszach śruty sojowej z odmian modyfikowanych. Niemożliwe jest obecnie zastąpienie tej śruty białkiem z krajowych źródeł. Nieprawdą jest też, że zakupy na światowym rynku konwencjonalnej śruty sojowej spowodują zwiększenie kosztów produkcji żywca, a więc i cen mięsa, zaledwie o kilka procent. Wraz ze zmniejszaniem się areału uprawy soi niemodyfikowanej rośnie cena jej śruty na światowym rynku, dodatkowym impulsem do znaczących podwyżek (nawet 20-procentowych) byłoby zgłoszone przez Polskę, dużego importera, zapotrzebowanie na dwa miliony ton tej śruty rocznie.

Ankietowani klienci deklarują, że gotowi są kupować droższe mięso ze zwierząt karmionych paszami bez modyfikowanej śruty. Można jednak przypuszczać, że zmienią zdanie, gdy będą musieli coraz głębiej sięgać do portfeli przy zakupach i tak szybko drożejącej żywności.

Prawdopodobnie nie będą jednak do tego zmuszeni – na półkach polskich sklepów znajdzie się szybko wieprzowina i drób z Danii, Belgii czy Wielkiej Brytanii – wszak nic jej nie zatrzyma na otwartych granicach wewnętrznych UE. Przypomina o tym milionowa rzesza krajowych producentów trzody i drobiu, pracowników przemysłu paszowego i przetwórstwa, dla których, w przypadku zakazu stosowania tańszych pasz z soją GMO, nie znajdzie się miejsca ani na krajowym, ani eksportowym rynku.

Jak świadczą niejednoznaczne lub często zmieniane opinie ministra Marka Sawickiego, bliska wciąż jest mu idea Polski – enklawy bez GMO. Ma w tym zresztą poparcie ministra ochrony środowiska Macieja Nowickiego, części parlamentarzystów i – na razie – większości polskich konsumentów. Jednak minister optuje ostatnio za odsunięciem do 2012 r. zakazu stosowania modyfikowanej śruty sojowej w paszach dla zwierząt – twierdząc, że nie przyłoży ręki do bankructwa polskiego drobiarstwa i producentów trzody.

Czy będzie też zwolennikiem koegzystencji GMO i roślin konwencjonalnych na naszych polach, czego coraz bardziej stanowczo domagają się rolnicy? Czy posłowie zaakceptują konsumenckie prawo wyboru: tańszej żywności z GMO czy droższej – konwencjonalnej?

Źródło: Rynek Spożywczy