Hodowcy drobiu: Lepiej, żebyśmy… mieli ptasią grypę

Jesteśmy oszołomieni, zrozpaczeni – mówią hodowcy drobiu z powiatu żuromińskiego. Hodowcy odmawiają wypowiedzi pod nazwiskiem. Najbardziej rozgoryczeni są ci, których fermy leżą poza strefą zapowietrzoną i zagrożoną. Mimo że mają zdrowy drób, nikt go nie chce. W przypadku jaj dyskwalifikuje ich oznaczająca ten powiat liczba „37” umieszczona na kodzie na skorupkach.

Hodowcy powtarzają, że słyszeli, iż odbioru ich produkcji odmówiły wielkie sieci handlowe.

 – Za nic mają zaświadczenia wydawane przez lekarzy weterynarii, w których jasno stoi, że nasze fermy są poza strefą zapowietrzoną i zagrożoną – narzekają. – Pozostaje nam już wyłącznie magazynować jaja, bo przecież… nie założymy kurom blokad. Tylko do czasu możemy też tuczyć brojlery.

Ludzie obliczają, że już niedługo zaczną liczyć straty w milionach złotych. – Bo przecież trzeba dać tym stworzeniom coś do jedzenia – wyjaśniają. – A jak na to zarobić [w wielkich fermach za paszę trzeba płacić nawet 70 tys. zł dziennie], skoro odbiorcy nas lekceważą? Tak naprawdę to bardziej by się nam opłacało, żebyśmy… mieli w naszych fermach ptasią grypę.

 – To kuriozalne, ale tak na chłopski rozum prawdziwe – potwierdza Andrzej Danielak, prezes Polskiego Związku Zrzeszeń Hodowców i Producentów Drobiu. – Ci, u których stwierdzono chorobę, będą mieli pełne odszkodowanie za zagazowane ptaki. Pozostali nieszczęśnicy ze zdrowymi kurami mogą ponieść ogromne konsekwencje ekonomiczne. Za oddanie – w sytuacji awaryjnej – kur do uboju dostaliby kilka razy mniej pieniędzy niż hodowcy, którym za uśpienie drobiu w zainfekowanych fermach płaci państwo.

Źródło: Gazeta Wyborcza