Krowa na wagę złota

Dodatkowe płatności dla posiadaczy przynajmniej jednej krowy, owcy czy kozy mogą kosztować budżet państwa miliard złotych – wynika z szacunków „Rz”. By jedni dostali większe dopłaty, innym rolnikom trzeba będzie zabrać część pieniędzy.

Od tego roku rolnicy mają otrzymać dodatkowe subwencje do łąk i pastwisk, czyli tzw. paszowe. Maksymalna stawka tych dopłat wyniesie 128 euro na hektar. Rolnik będzie musiał jednak udowodnić, że od kwietnia 2005 r. do marca 2006 r. miał zarejestrowane przynajmniej jedno zwierzę z rodziny przeżuwaczy: krowę, owcę lub kozę. – Dzięki takiemu okresowi referencyjnemu nie ma możliwości dokupienia sobie jednej kozy i uzyskania dopłat – przekonywał niedawno wiceminister rolnictwa Marek Zagórski.

Miliard złotych z budżetu

Subwencje uzupełniające są wypłacane z polskiego budżetu. Bruksela finansuje tylko płatność podstawową, która za rok 2007 wyniesie ok. 80 euro do każdego hektara gruntów.

W Polsce jest przynajmniej 2,4 mln ha łąk i pastwisk objętych dopłatami bezpośrednimi. Ministerstwo Rolnictwa szacuje, że właściciele ok. 2 mln ha mieli w okresie referencyjnym przynajmniej jednego zarejestrowanego przeżuwacza. Suma dodatkowych dopłat dla nich wyniesie około 250 mln euro – prawie jedną czwartą całej puli środków przeznaczonych na dopłaty uzupełniające. Kwotę tę resort rolnictwa uzyska, zabierając część płatności innym rolnikom. – Wszyscy ci, którzy nie hodują przeżuwaczy, będą poszkodowani w tym sensie, że jeżeli mieli kawałek łąki, to stracą na tym – tłumaczył kilka dni temu w Sejmie posłom Marek Zagórski. Z naszych szacunków wynika, że dopłat uzupełniających będą pozbawieni właściciele ok. 1,4 mln ha gruntów. – Znowu zyskają duże gospodarstwa; wystarczy, że miały choć jednego przeżuwacza. To nie jest sprawiedliwy system. Hodowcy będą likwidować stada, zostawią sobie jedno zwierzę, żeby dostawaćwyższe dopłaty, a to nie promuje hodowli – podkreśla w rozmowie z „Rz” Jan Janczy, dyrektor Związku Hodowców Kóz i Owiec.

Czy Bruksela się zgodzi

Na nowe płatności dla polskich rolników musi wydać zgodę Komisja Europejska. Ministerstwo Rolnictwa zapewniło nas, że taka decyzja już zapadła. Zdaniem Michaela Manna, rzecznika prasowego komisarz ds. rolnictwa Mariann Fischer Boel, Komisja dopiero bada, czy można wprowadzić takie płatności. – Polskie władze przedstawiły 17 stycznia tylko propozycję dodatkowych płatności krajowych na 2007 rok. Urzędnicy Komisji bardzo dokładnie przyjrzą się dopłatom uzupełniającym wprowadzanym przez 12 nowych państw członkowskich i sprawdzą, czy są one zgodne z prawem Unii. Dopiero wtedy zaproponują Komisji zaakceptowanie ich – poinformował „Rz” Michael Mann. Zgodnie z zasadami wspólnej polityki rolnej państwa UE odchodzą od dotowania produkcji. Dlatego polskiemu ministerstwu trudno byłoby uzasadnić wyższe dotacje dla rolników, którzy obecnie hodują bydło, kozy czy owce. Wspólna polityka rolna nie obejmuje również koni, dodatkowe dopłaty nie będą też przysługiwały hodowcom trzody. Do systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt wpisanych jest 6,3 mln sztuk bydła, 286 tys. owiec i prawie 26 tys. kóz.

Najlepiej być rolnikiem

– Rolnictwo jest największym beneficjentem unijnej pomocy w Polsce – zapewniła wicepremier Zyta Gilowska. Łącznie z pieniędzmi krajowymi w tegorocznym budżecie przewidziano dla tego sektora 27,7 mld zł. To nie wszystko, ponieważ kilka miliardów złotych umieszczono także w rezerwie celowej (dla porównania rok wcześniej z budżetu na rolnictwo poszło 18,8 mld zł). – Mam poważne wątpliwości, czy ta branża powinna otrzymywać dodatkowe dotacje. To właśnie rolnicy najbardziej pozytywnie odczuli skutki wejścia Polski do UE – uważa Marek Zuber, były doradca ekonomiczny premiera Kazimierza Marcinkiewicza.

Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, zwraca uwagę na inne niebezpieczeństwo. Bruksela zaczyna ograniczać dopłaty dla rolnictwa. Jeśli kraj członkowski chce nadal finansować rolników, musi to robić z własnej kieszeni. – W 2013 roku środków unijnych dla tej branży będzie już wyraźnie mniej, czyli pieniędzy z budżetu będzie musiało iść więcej – wyjaśnia ekonomista.

Źródło: Rzeczpospolita