Ekologiczne jaja na antybiotykach

Kupując jajko, lepiej uważać, bo to „ekologiczne” może pochodzić z fermy, na której kury karmione są specjalnie przygotowanymi przemysłowo paszami z domieszką antybiotyków. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, by poznać jego pochodzenie, wystarczy spojrzeć na kod na skorupce.

Pracownicy Inspekcji Handlowej zwracają uwagę, że w kartonowych opakowaniach z napisem „produkt proekologiczny” bywają gorszej jakości jaja z chowu klatkowego, czyli od kur, które spędzają życie w fermowych klatkach, nigdy nie widzą dziennego światła i jedzą tylko specjalnie przygotowane pasze. Z wyliczeń Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz w Poznaniu wynika, że przynajmniej 9 na 10 sprzedawanych u nas jaj pochodzi z chowu klatkowego. Pozostałe 10 procent to głównie jaja od kur z chowu ściółkowego.

Tymczasem w starej Europie, np. w Wielkiej Brytanii, już ponad 40 proc. jaj pochodzi od kur wolnego chowu i udział ten stale rośnie. W dużej mierze to zasługa tamtejszych ekologów, którzy od lat podkreślają, że kury w fermach karmione są paszą genetycznie modyfikowaną i faszerowane antybiotykami.

W Polsce na ponad tysiąc ferm ledwie w kilku produkowane są jaja z tzw. chowu ekologicznego, gdzie kury mają w ciągu dnia stały dostęp do wybiegu na świeżym powietrzu (z wyjątkiem okresowychograniczeń nakładanych przez władze weterynaryjne). Są jeszcze przyzagrodowe stada, ale tych nikt nie zliczył. Nieznakowane mogą być tylko jaja pochodzące z takich właśnie małych ferm, w których liczba kur nie przekracza 50. – Mogą być sprzedawane na okolicznych bazarach, z pisemną informacją, z jakiej fermy pochodzą, i datą przydatności do spożycia – wyjaśnia Grzegorz Dybowski z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Barbara Ulatowska z Krajowej Izby Producentów Drobiu przyznaje, że w Polsce jaja od kur wolno chodzących na wybiegu stanowią mało znaczący udział w produkcji. Według niej trudno będzie przestawić nasz rynek, gdyż przy zakupach wciąż decyduje przede wszystkim cena, a nie jakość. Jajo od kury, która całe życie spędza w klatce, kosztuje w dużych sklepach 30 – 45 groszy, podczas gdy za to z certyfikatem „ekologiczne” trzeba zapłacić nawet złotówkę.

Od blisko dwóch lat obowiązują w Polsce unijne normy znakowania jaj. Pierwsza cyfra kodu na skorupce określa rodzaj chowu: 3 – klatkowy, 2 – kury żyją w zamknięciu, jednak mogą chodzić po budynku, 1 – kuryz wolnego wybiegu,0 – ekologiczny. Kolejne oznaczenia kodu określają kraj pochodzenia. Za nimi jest weterynaryjny numer identyfikacyjny fermy, z której jajko pochodzi.

W wyniku ubiegłorocznej kontroli, przeprowadzonej przez Inspekcję Handlową, zakwestionowanych zostało 75 procent badanych jaj, właśnie ze względu na brak lub niepełne oznakowanie. O ile ze znakowaniem skorupek producenci nie mają większych problemów, o tyle mają je – i to całkiem poważne – z podaniem określonych informacji na opakowaniu. Obowiązkowo powinna tam być m.in.: data minimalnej trwałości, klasa wagowa, nazwa i adres zakładu pakowania, informacja o metodzie chowu.

Kontrolerzy zwrócili uwagę na sprzeczne informacje znajdujące się na opakowaniach i na skorupkach. Na opakowaniu napisane jest, że jaja pochodzą z chowu ściółkowego, tymczasem stempel na skorupie wskazuje „3”, czyli chów klatkowy.

Najczęściej na opakowaniach jaj brakuje właśnie informacji o metodzie chowu.

W krajach starej Unii od lat trwa dyskusja na temat sposobów chowu kur. Przeciwnicy mówią o „kurzych obozach koncentracyjnych”. Organizacja ochrony praw zwierząt Peta zatrudniła nawet Pamelę Anderson do obrony kurzej wolności. Tymczasem właściciele dużych ferm wysuwają argument: ptasia grypa. Twierdzą, że tylko jaja pochodzące od kur z chowu zamkniętego są wolne od groźnego wirusa, podlegają bowiem ostrym procedurom higienicznym. Hans Wilhelm Windhorst, dyrektor niemieckiego Instytutu Badań Strukturalnych i Planowania, uważa, że „alternatywne metody chowu drobiu doczekają się masowego odwrotu”, jeżeli wirus nie przestanie być groźny. Właśnie „całkowicie zamknięte łańcuchy produkcyjne oferują najlepszą ochronę” – tłumaczył we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”.

Źródło: Rzeczpospolita