Popyt w Europie na strusie mięso

Mięso strusie z Polski jest poszukiwane na rynkach europejskich.
Zapotrzebowanie znacznie przewyższa podaż. W przyszłym roku krajowa hodowla może się podwoić.

Henryk Naranowicz ma od 2002 r. Fermę Strusi Stypułów w Kożuchowie, gdzie mieści się też Centralny Krajowy Skup Strusich Skór. Jego stado liczy około 600 strusi.

W Polsce hodowlą strusi zajmuje się od 400 do 500 firm. Do Polskiego Związku Hodowców Strusi należy około 200 z nich. Liczba hodowanych ptaków wg szacunków waha się od 7 do 10 tys. sztuk.

Wiesław Kubasik z Farmy Strusi Afrykańskich w Dąbkach, prezes PZHS, przyczynę raptownego zainteresowania upatruje w ptasiej grypie. Unia Europejska we wrześniu ub.r. wprowadziła zakaz przywozu strusi z RPA. A ten kraj jest głównym producentem na świecie. Polscy hodowcy, którzy wcześniej nie odgrywali w Europie znaczącej roli, nagle zaczęli cieszyć się uznaniem.

Prezes związku przypuszcza, że liczba hodowanych strusi w kraju podwoi się,do około 15 tys. sztuk. – Każda ilość mięsa z Polski jest teraz kupowana od ręki. Zachodnie firmy dystrybucyjne prześcigają się w zakupach – mówi W. Kubasik.

W 2004 r. sprzedał 30 ton mięsa. Ten sezon już zapowiada się lepiej, bo do końca lipca sprzedał tyle samo. Żałuje, że Zachód nie jest zainteresowany wędlinami ze strusiego mięsa.

Polacy nie dali się przekonać

Jak szacuje, wcześniej polskie mięso na Zachodzie stanowiło około 2 proc., obecnie na rynku europejskim z Polski pochodzi kilkadziesiąt procent całej strusiny. Nasi hodowcy nie byli przygotowani na ten boom. Sporo ferm jest niewielkich, często zakładanych z ciekawości, jak wypali nowy interes. Po kilku latach wśród hodowców dało się nawet zauważyć zniechęcenie, tym bardziej że w kraju zainteresowanie strusiną było nikłe.

Próby wprowadzenia mięsa do sprzedaży w kilku sieciach zakończyły się fiaskiem. Zdaniem Wiesława Kubasika, konsumentów – po pierwsze – odstraszała wysoka cena mięsa, a – po drugie – przywiązanie do tradycyjnych produktów, jak wieprzowina czy drób. Tę tendencję obserwuje w należącej do niego „strusiej” restauracji, położonej niedaleko zachodniej granicy kraju. Prawie wyłącznie goszczą w niej Niemcy.

O ile mięso strusie w kraju na razie nie zdobywa smakoszy, to sporym uznaniem wśród znawców, mimo ceny, cieszą się skórzane wyroby, np. aktówki, torebki, paski.

Choć mamy do czynienia z znaczącym popytem, hodowla tych ptaków nie jest prowadzona na skalę przemysłową. Z całej działalności prezes Kubasik osiąga przychody wynoszące kilkaset tysięcy złotych, przy rentowności 20 proc.

Koniunktura jeszcze potrwa

Czterysta żywych ptaków rocznie sprzedaje Armet sp. z o.o. w Garczynie na Kaszubach. Jej właściciele, Jan i Stanisław Armatowscy, byli prekursorami hodowli tych egzotycznych ptaków w Polsce. W branży działają od 12 lat. Wspominają, że lepiej niż teraz szło im przed kilkoma laty, gdy w kraju było mało piskląt, a wielu chętnych na założenie stada. Dziś Armet najwięcej zarabia na sprzedaży zwierząt rzeźnych. Część dochodu czerpią m.in. ze zbytu jaj i piór. Rozwój fermy utrudniony jest z powodu za małego areału. Potrzebne są fundusze na kupno ziemi, podobnie jak i na postawienie budynków.

Wojciech Włodarczyk z łódzkiej spółki Struś Polski za granicami kraju sprzedał w 2004 r. prawie całe mięso (42 tony) i wszystkie skóry. Przychody osiągnęły 1,2 mln zł. Po siedmiu miesiącach tego sezonu już są dwukrotnie wyższe. – Po gwałtownej wyprzedaży ptaków mamy kłopoty z dostarczeniem surowca odbiorcom – twierdzi Włodarczyk. – Kontrahenci chcieliby brać od nas 5 ton mięsa tygodniowo, a my możemy im zapewnić ledwie dziesiątą część tego.

Nie chce mówić o zyskach, bo uważa, że na razie nadwyżka, która zostaje, przeznaczona jest na prowadzenie biura, koszty promocji itp. O większych pieniądzach, jak sądzi, będzie można mówić w 2006 r.

Mięsem z łódzkiego przedsiębiorstwa delektują się w Niemczech, Hiszpanii, Belgii, Irlandii, Holandii, Francji i Wielkiej Brytanii. Jak dobrze pójdzie, dołączą wkrótce Rosjanie.

Według tego hodowcy próg opłacalności to stado liczące 50 osobników. – Na każdym można zarobić około 300 zł, a to daje w ciągu roku 15 tys. zł, co nie jest sumą do pogardzenia – uważa Włodarczyk.

Źródło: Rzeczpospolita