Ceny zbóż, notowania, aktualności

Dramat ze zbożem w UE

Dramat ze zbożem w UE
Unia Europejska, a wraz z nią polscy rolnicy, tonie w zapasach niesprzedanego zboża. Choć kolejne żniwa tuż–tuż, Komisja Europejska wyraźnie nie ma pomysłu, jak wybrnąć z całej sytuacji.

Ceny zboża i kłopoty z jego sprzedażą mogą odegrać dużą rolę polityczną. Zwłaszcza w Polsce i zwłaszcza tuż przed wyborami. Jeśli w czasie żniw rolnicy nie będą mogli sprzedać ziarna, bo magazyny będą zawalone zeszłorocznymi zapasami, jeśli cena zacznie spadać na łeb na szyję, to taką sytuację wykorzystają politycy. Grozi nam w najlepszym wypadku paraliż dróg, w najgorszym starcia rozsierdzonych rolników z policją.

To realny scenariusz, wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się dziś na unijnym rynku zbożowym.

Inni są tańsi

Nigdy jeszcze w swojej historii Unia nie miała tak dużych zapasów zboża jak obecnie. To skutek jej polityki rolnej, która przez lata sprzyjała producentom zbóż. Unia płaciła rolnikom za produkcję (im więcej produkowali, tym więcej pieniędzy z Brukseli dostawali), za przechowywanie zapasów, których nie mogła przejeść, dopłacała, by sprzedawać swoje zboże poza Europą, a na rynek europejski nie wpuszczać tańszego ziarna ze świata.

W rezultacie dziś w unijnych magazynach leży ok. 60 mln ton ziarna, prawie trzy razy tyle co rok wcześniej. Unia praktycznie przestała dopłacać do eksportu. A bez dopłat eksportowych nie może sprzedać ziarna, bo rynek światowy opanowany jest przez tańsze zboże z Argentyny, Australii, USA i Kanady. Coraz mocniej na rynki wchodzi też Ukraina, która ma niewiarygodnie niskie koszty produkcji – dzięki dobrym glebom, oszczędzaniu na nawozach i sprzęcie oraz taniej sile roboczej.

Sytuację pogarsza jeszcze niezwykle mocne euro. Przy kursie powyżej 1,2 dolara za euro żadnemu krajowi w Unii eksport się nie opłaca. Świetnym przykładem jest eksport do Egiptu (największego obok Chin importera pszenicy na świecie). Od sierpnia 2004 eksport pszenicy z Unii do Egiptu rósł przez kilka tygodni, potem w miarę jak euro umacniało się do dolara, eksport malał, aż w grudniu Unia nie wysłała do Egiptu ani kilograma. Na jej miejsce weszły Argentyna i Ukraina.

Sytuacja Polski na tym tle jest jeszcze gorsza. Jesteśmy trzecim co do wielkości producentem zbóż w Unii, ale tak niekorzystnie położonym, że nasz eksport do Egiptu nie wchodzi w rachubę – nasza pszenica musiałaby być przynajmniej o 10 euro za tonę droższa niż np. francuska.

Bruksela zbyt powolna

Od listopada zeszłego roku lobby zbożowe zabiega w Komisji Europejskiej o wprowadzenie dopłat do różnic kursowych – na razie bez skutku. Bruksela ani myśli to zrobić. Nowa komisarz ds. rolnictwa Mariann Fischer Boel chętnie rozmawia o ekologicznej żywności, ale na hasło eksport czy dopłaty zamyka uszy. A nowe żniwa tuż–tuż.

Nie udało się też zbożowemu lobby przekonać Komisji Europejskiej, by przyspieszyła sprzedaż swoich zapasów ze skupu interwencyjnego z zeszłego roku. Bruksela zamierza rzucić zapasy na rynek we wrześniu i październiku, tuż przed rozpoczęciem nowego skupu interwencyjnego (zacznie się 1 listopada). Ale to oznacza, że wówczas zapasy unijne nałożą się na największy wysyp ziarna z nowych żniw.

Zbożowcy błagają, by Bruksela sprzedała zapasy w lipcu i sierpniu, czyli zanim pojawi się zboże z nowych zbiorów, a już skończą się stare zapasy w większości państw na świecie. Zwykle to okres najwyższych cen, więc rzucenie nawet dużych zapasów mogłoby się odbyć w miarę bezboleśnie, bez spadku cen.

Niektórzy zbożowcy mówią wręcz o "prowokacji Brukseli", świadomym działaniu Komisji Europejskiej, która rzucając zboże pod koniec lata, chce doprowadzić do obniżenia cen w Unii do poziomu cen światowych.

 – Europa lata za własnym ogonem, jakby nie wiedziała, że nigdy go nie złapie – mówi Joel Cottard, producent zbóż z Pikardii. I tłumaczy, że gdy Bruksela doprowadza do obniżenia cen w Unii, to natychmiast spadają też ceny światowe. Bo inne kraje zawsze starają się utrzymać swoje ceny poniżej europejskich.

Sytuację w tym roku może jeszcze uratować susza, jaka panuje w Hiszpanii i Portugalii – największa od stu lat. Może, jeśli Komisja Europejska zareaguje w porę i przerzuci część (potrzeba ok. 10 mln ton) swoich zapasów zboża do tych krajów. Ale mało kto w to wierzy.

 – Na pewno Komisja Europejska za mało myśli i za mało robi, by rozładować zapasy. Nieszczęście polega na tym, że Bruksela jest tak zbiurokratyzowana, że bardziej przejmuje się swoimi procedurami niż aktualną sytuacją na rynku – uważa szef Polskiej Izby Zbożowo–Paszowej Bogdan Judziński.

Podobnie myśli Patrice Auguste ze Stowarzyszenia Francuskich Zbożowców: –Podjęcie najmniejszej decyzji zajmuje Komisji Europejskiej dwa lata, bo najpierw muszą się wypowiedzieć politycy ze wszystkich krajów członkowskich, potem decyzję będą mielić urzędnicy w Brukseli. Tymczasem nasz największy konkurent, rząd USA, reaguje na sytuację na rynku w ciągu pół roku.

Polska Izba Zbożowa naciska na Ministerstwo Rolnictwa, by to ono naciskało na administrację brukselską. Naciska też na naszych eurodeputowanych, by lobbowali w tej sprawie w Brukseli. Izba obawia się załamania cen w tym roku.

Jeśli te wszystkie działania, jakie podejmuje całe unijne zbożowe lobby, się powiodą (plus swoje zrobi susza w Hiszpanii i Portugalii), to ceny zboża może już bardziej nie spadną. Ale na pewno o ich wzroście rolnicy mogą zapomnieć. To nie jest dobra wiadomość zwłaszcza dla polskich rolników, którzy otrzymują znacznie niższe dopłaty niż farmerzy unijni. Bo oznacza, że cena w tym sezonie będzie oscylowała wokół ceny interwencyjnej, czyli wokół 101 euro za tonę pszenicy.

Konsumenci mogą kibicować rolnikom w ich staraniach o unijną interwencję, bo nie ma obaw, że ewentualna zwyżka cen zboża przełożyłaby się na wyraźne podwyżki cen chleba. W kosztach produkcji pieczywa cena zboża odgrywa coraz mniejszą rolę – liczy się koszt energii, paliwa, robocizny. To działa też w drugą stronę – taniejące zboże nie obniża cen chleba. Tym bardziej że dla piekarń nie ma sensu obniżać ceny, bo i tak nie zwiększy się dzięki temu spożycia.

Razem oszczędniej

Unia co roku będzie gromadziła nadwyżki zbóż, które kosztują ją zbyt dużo. Trzeba coś szybko zrobić z nadprodukcją, jeśli Komisja Europejska chce uniknąć awantur z rolnikami.

Nadprodukcję można zlikwidować, zwiększając procent gruntów do odłogowania, można też więcej zbóż przeznaczyć na produkcję biopaliw. Obie drogi mają wady – pierwsza nie podoba się rolnikom, których dusza buntuje się przeciwko odłogowaniu ziemi (kiedy po raz pierwszy wprowadzono odłogowanie na polach w całej Unii, pojawiły się transparenty z hasłami typu: ziemia jest, by rodzić, a rolnik, by na niej pracować), druga oznacza walkę z potężnym lobby naftowym, które na tym straci.

Coś muszą zrobić też sami rolnicy, bo stare czasy unijnej protekcji nie wrócą. Muszą próbować zmierzyć się ze światową konkurencją. Najlepiej poprzez obniżanie kosztów produkcji. Wyprodukowanie tony pszenicy rolnika w Argentynie kosztuje 30 euro, w Australii – 78, we Francji już 170 euro, a w Polsce blisko 100 euro. Różnice biorą się głównie z wielkości gospodarstw. Te pozaeuropejskie są znacznie większe, a w rolnictwie na całym świecie obowiązuje ta sama zasada – im większa powierzchnia upraw, tym taniej można produkować. Skoro więc przeciętne gospodarstwo rolne w Argentynie ma 2700 ha, w Australii 3500 ha, w Polsce ok. 10 ha, a we Francji, unijnym liderze rolniczym, tylko 150 ha, to oznacza, że na światowym rynku zboże z Unii musi przegrywać konkurencję cenową.

Rolnicy francuscy już wymyślili nową formę gospodarstwa – zakładają nieformalne spółki zwane tu "jedno gospodarstwo". Wygląda to tak, że kilku rolników dobiera się według wzajemnych sympatii i podobnej klasy ziemi (to ważne, by uniknąć potem swarów). Wrzucają wszystko do jednego worka i prowadzą gospodarstwo jako jedną całość. Wszystko jest podporządkowane osiągnięciu większego zysku. A zyskami dzielą się proporcjonalnie do posiadanej liczby hektarów.

Każdy nadal pozostaje właścicielem swojej ziemi i może się ze spółki wycofać. Tyle że to się podobno nie zdarza. Nic dziwnego, skoro francuskie ministerstwo rolnictwa wyliczyło, że powiększenie gospodarstwa z 200 do 800 ha, czyli czterokrotnie (a więc wzrost plonów cztery razy), oznacza wzrost kosztów umaszynowienia zaledwie o 1,3 raza.

W ostatnich latach ta forma gospodarowania tak się rozpowszechniła, że w parlamencie francuskim jest już przygotowana ustawa, która oficjalnie sankcjonuje działalność "jednego gospodarstwa".

Rusz się, urzędniku

Przez ostatnie 50 lat dzięki Wspólnej Polityce Rolnej rolnicy mieli zapewnione stabilne i wysokie dochody. Dziś już wiadomo, że te czasy skończyły się bezpowrotnie, bo skończyła się dotychczasowa polityka rolna. Przyszły czasy, w których Komisja Europejska mówi "nie" rolnikom oczekującym finansowej rekompensaty za spadek cen.

Na pewno nie wszyscy rolnicy sobie z tym poradzą. Tym bardziej więc ci, którzy podejmują walkę konkurencyjną z tańszym światowym zbożem, mają prawo wymagać od Brukseli pomocy. Nie chodzi przecież o dodatkowe pieniądze z budżetu, tylko o szybkie i zdecydowane reakcje na to, co dzieje się na rynku rolnym. Coś, co urzędnicy brukselscy mogą i powinni robić.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Powrót do aktualności