Rusza batalia o unijny budżet

Z kim Polska wejdzie w sojusze? Odwołana wizyta hiszpańskiego premiera w Warszawie jeszcze bardziej to zagmatwała.

We wtorek premierzy Polski Marek Belka i Hiszpanii José Zapatero mieli rozmawiać w Warszawie o wspólnej strategii w batalii o unijny budżet na lata 2007-13. Zapatero w ostatniej chwili odwołał wizytę, choć już w czwartek startuje szczyt UE, na którym przywódcy państw Unii rozpoczną oficjalną debatę na ten temat

Gra idzie o ponad 100 mld euro. O tyle najbogatsze państwa Unii chcą ściąć planowany przez Komisję Europejską budżet, by mniej do niego wpłacać. Biedniejsze kraje, w tym Polska i Hiszpania, liczą na „duży” budżet, który według propozycji Brukseli ma sięgnąć prawie 930 mld euro. Polska chce dostawać co najmniej 10 mld euro rocznie dla siebie.

Czy z sojuszu Polski i Hiszpanii będą nici? Polscy politycy zapewniają, że nieobecność Zapatero w Polsce tego nie oznacza.

 – Hiszpanie walczą o rzeczy, które są ważne dla nich. Ale w tej walce nie mogą polegać tylko na swoich tradycyjnych partnerach – Portugalii i Grecji – mówi minister ds. europejskich Jarosław Pietras. Jak sugeruje, Polska zapamięta Hiszpanom odwołanie wizyty w Polsce: – Gdyby współpraca z Polską była priorytetem Hiszpanów, to Zapatero by do Warszawy przyjechał.

Kto z nami, kto przeciw nam

Logika wskazuje, że Polska i Hiszpania powinny grać w jednym obozie, czyli wspólnie włączyć się do walki o duży budżet Unii Europejskiej. W pewnym momencie wydawało się, że taki wspólny front powstał. Z inicjatywy hiszpańskiego rządu doszło do spotkania przedstawicieli dziesięciu nowych państw członkowskich, Hiszpanii, Portugalii i Grecji.

Wkrótce potem pojawił się inny sygnał. Madryt kilka dni temu postarał się, by z istotnego dokumentu (tzw. projektu konkluzji prezydencji holenderskiej) wykreślić zapisy mówiące o szczególnych potrzebach nowych państw członkowskich.

 – Hiszpanów trzeba zrozumieć. Przestraszyli się, że w unijnym dokumencie określa się priorytet: nowe państwa członkowskie. I w momencie, gdy w budżecie pojawią się cięcia, to dotkną „starych” – wyjaśnia min. Pietras. W ten sposób wizja sojuszu Hiszpanów z Polską się oddaliła. Nieobecność premiera Zapatero w Warszawie sytuację tylko pogorszyła.

Niewiele pomogło, że do Warszawy dotarł szef hiszpańskiej dyplomacji Miguel Angel Moratinos. Tłumaczył ministrowi Włodzimierzowi Cimoszewiczowi niejasne decyzje swojego rządu. Hiszpanii grozi, że będzie płatnikiem netto, a hiszpańscy wyborcy chyba jeszcze tego faktu nie zaakceptowali.

Sojusz z Niemcami? Ryzykowne

Czy Polska powinna więc myśleć o sojuszu z Niemcami i resztą największych płatników do budżetu UE? Brytyjczycy kuszą nas wyliczeniami, z których wynika, że nie stracimy na małym budżecie. Wynika to z faktu, że nie możemy dostać z unijnej kasy więcej niż 4 proc. naszego PKB rocznie, czyli około 10 mld euro.

Rząd jednak nie chce poprzeć „małego” budżetu. – Za duże ryzyko – mówi min. Pietras. – Nie wiemy, jak będzie liczony limit 4 proc. Jeżeli nie będą do niego wliczane fundusze strukturalne dla rolników, moglibyśmy dostać więcej pieniędzy. „Mały” budżet okazałby się za mały.

„Mały” budżet przestałby nam odpowiadać w wyniku dalszego wzmocnienia złotówki. Wówczas polskie PKB liczone w euro będzie wyższe. Automatycznie wyższa będzie kwota 4-proc. limitu PKB.

 – Wyliczenia brytyjskie są niewiarygodne. Nie powinniśmy przykładać ręki do zmniejszania budżetu, bo przy większym jest łatwiej wywalczyć to, co dla nas istotne – mówi minister ds. europejskich.

Zająć najlepszą pozycję

Na rozpoczynającym się jutro szczycie Unii w Brukseli ostateczne ustalenia nie zapadną. – Obecny etap to pozycjonowanie się przed rozpoczęciem prawdziwych negocjacji. Ciągle dajemy sobie kuksańce i staramy się zająć najlepszą pozycję – mówi Pietras.

Nieobecność Zapatero w Warszawie może być takim kuksańcem, ale nie oznacza, że Hiszpanie Polskę sobie „odpuścili”, bo zawarli jakieś tajne porozumienie z Berlinem i Paryżem. – Na tym etapie? Żart. Niemożliwe – ucina Pietras.

Szczyt może uporządkować obraz: kto z kim i o co walczy. Jeżeli szefowie innych rządów, zwłaszcza Hiszpanii, zaakceptują Polską propozycję, by do konkluzji ponownie dopisać akapity mówiące o specjalnych potrzebach nowych państw członkowskich, otrzymamy dowód, że Hiszpanom jednak zależy na współpracy.

Inna możliwość to powrót do punktu wyjścia: wykreślenie z konkluzji wszystkich akapitów mówiących o tym, jak dzielić pieniądze.

Jeden budżet, dwie koncepcje

W tej chwili oficjalnie istnieje tylko jedna propozycja budżetu UE na lata 2007-13 autorstwa Komisji Europejskiej. Budżet według Brukseli składa się z dwóch części – faktycznych płatności oraz tzw. zobowiązań. Pierwsza pozycja to pieniądze, które Unia Europejska faktycznie wypłaci. Druga to pułap zobowiązań finansowych, jakie budżet może na siebie do 2013 r. wziąć. Część dotacji może bowiem zostać faktycznie wypłacona po 2013 r., ale decyzja o ich udzieleniu stanowi finansowe zobowiązanie.

Bruksela policzyła, że płatności w latach 2007-13 wyniosą 928,7 mld euro, czyli 1,14 proc. dochodu narodowego brutto (DNB) państw członkowskich. Zobowiązania byłyby większe – 1025 mld euro (ponad bilion!), czyli 1,25 proc. DNB. Na politykę regionalną (czyli na fundusze strukturalne i spójnościowe) Komisja chce dać aż 336 mld euro, czyli 0,45 proc. DNB.

Takiego budżetu nie akceptuje sześć państw: Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Szwecja Austria i Holandia. Na stół negocjacyjny nie rzuciły jednak szczegółowej kontrpropozycji budżetu. Napisały słynny list, w którym zażądały, by budżet ograniczono do 1 proc. DNB. „List sześciu” nie mówi jednak, gdzie szukać oszczędności. Ale wydatki na rolnictwo są zamrożone, pozostaje więc polityka regionalna. Ta część budżetu zaczyna być rozszarpywana przez trzy potężne siły: poszukiwanie oszczędności (115 mld euro!), potrzeby nowych państw członkowskich (Polska chce ok. 10 mld euro rocznie) i niezmienione, duże potrzeby „starych” członków Unii.

Źródło: Gazeta Wyborcza