Kto nie chce dopłat?

Potwierdziły się wcześniejsze obawy, że małe – jedno- lub dwuhektarowe gospodarstwa rolne – nie będą zainteresowane unijnymi dopłatami bezpośrednimi. Z ostatnich danych wynika, że najmniejszą liczbę wniosków złożono tam, gdzie rozdrobnienie gospodarstw jest największe.

Jeśli sprawę analizować w skali kraju można powiedzieć, że nie jest źle. 1,4 mln osób złożyło wnioski o dopłaty do 94 proc. gruntów. Rekordzistami są tradycyjnie rolnicze województwa: Podlaskie i Wielkopolskie, gdzie ponad 90 proc. uprawnionych czeka na pieniądze.

Na drugim końcu mamy cały region południowy czyli Śląskie, Małopolskie i Podkarpackie. Tu tylko 78 proc. uprawnionych złożyło wnioski. Agencja Restrukturyzacji twierdzi, że wielu rolników z tych rejonów zrezygnowało z dopłat, bo mając jedno- lub dwuhektarowe gospodarstwo korzyści finansowe byłyby niewielkie. Za hektar można bowiem otrzymać od 210 do 503 zł rocznie.

Jak na razie dopłaty otrzymało 120 tys. osób, którym przelano na konto łącznie 350 mln zł.

 – Te kilkanaście dni, które są za nami, dają gwarancję, że system informatyczny zachowuje się stabilnie, ale również i nasza procedury uzupełniające, logistyka w biurach powiatowych – uważa Wojciech Pomajda z ARiMR.

To na Biurach Powiatowych spoczywa bowiem główny ciężar przygotowania list osób, którym należą się dopłaty oraz obliczenia ile pieniędzy trzeba przelać na konta rolników.

 – Tempo wypłat jest coraz szybsze. Myślę, że z informacji, jakie są w tej chwili możemy jednoznacznie określić, że ciągu kilku dni dojdziemy do tych 30 tys. przekazów – powiedział minister rolnictwa Wojciech Olejniczak.

Obecnie są realizowane przelewy dla pierwszej pół milionowej grupy rolników, która bezbłędnie poradziła sobie z wypełnieniem wniosku o dopłaty. W następnej kolejności dopłaty będą naliczane tym osobom, które musiały poprawiać wnioski. Na końcu mogą spodziewać się pieniędzy rolnicy, którzy starają się o fundusze z tytułu niekorzystnych warunków gospodarowania.

Źródło: Agrobiznes, TVP1