Utylizacja martwych zwierząt to rzadkość

Podlaskie lasy śmierdzą padliną, bo tylko nieliczne spośród martwych zwierząt trafiają tam, gdzie powinny, czyli do zakładu utylizacji. Resztę rolnicy zakopują lub podrzucają do lasu.

Nasz Czytelnik, mieszkaniec Warszawy, często przyjeżdża w okolice Siemianówki, gdzie spaceruje po lasach, jesienią zbiera grzyby. Ostatnio jednak ma z tych spacerów coraz mniej przyjemności.

 – Jestem przerażony, bo moje ulubione lasy cuchną padliną – opowiada. – Niedawno aż czterokrotnie natknąłem się na padłe, porzucone krowy. Fetor był straszliwy. Ciekaw jestem, czy porzucanie martwych zwierząt w lesie to taka podlaska tradycja?

Padłe zwierzę powinno być poddane jak najszybszej utylizacji. Na Podlasiu nie ma jednak ani jednego zakładu utylizacji, więc w rachubę mogą wchodzić tylko firmy spoza regionu. Wszelako tylko nieliczne spośród podlaskich gmin (np. tylko jedna trzecia z powiatu białostockiego) mają podpisane umowy z takimi zakładami. Wśród nich jest gmina Gródek, która współpracuje z zakładem z województwa kujawsko-pomorskiego i płaci mu za usługi 650 zł miesięcznie. Za odbiór martwego zwierzęcia (firma zgłasza się w ciągu 24 godzin) musi też zapłacić jego właściciel. Po ok. 50 zł za konie, krowy, owce albo 10 zł za trzodę chlewną.

Jak mówi Stanisław Szemiot, podinspektor w Urzędzie Gminy w Gródku, postępowanie zgodne z prawem się opłaca. Zakład utylizacji wystawia rolnikowi kwit, na podstawie którego może on się rozliczyć ze stanu zwierząt z Agencją Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Jeżeli są jakieś nieścisłości w rejestrze, rolnikowi grozić może zmniejszenie unijnych dopłat. A przyłapany na gorącym uczynku porzucenia padliny, może zapłacić mandat nawet w wysokości 500 zł.

 – Nieutylizowanie zwierząt to na pewno problem – mówi Zdzisław Jabłoński, powiatowy lekarz weterynarii. – Gminy tłumaczą się brakiem pieniędzy, ale załatwienie tej sprawy jest przecież w ich interesie. Taki obowiązek nakłada na nie ustawa o czystości i porządku w gminach. Chciałbym, by jak najszybciej załatwiły tę sprawę. Niestety, nie mam na to większego wpływu…

Chcieliśmy się dowiedzieć, czy zwierzęca padlina może być zagrożeniem dla środowiska.

 – Nie mieliśmy do tej pory ani jednego zgłoszenia w takiej sprawie – mówi Grażyna Żyła-Pietkiewicz, wojewódzki inspektor ochrony środowiska. – Gdybym wiedziała, że taki problem istnieje, na pewno przyjrzelibyśmy się temu bliżej.

Nie tylko WIOŚ, ale także wojewódzki sanepid do tej pory nie otrzymywał żadnych zgłoszeń, że w lasach lub na polach poniewierają się zwierzęce odpadki. Gdy miesiąc temu, w okolicach Walił, kilometr od rzeki Supraśl zostały znalezione trzy martwe krowy i szkielet czwartej – obie instytucje dowiedziały się o tym z mediów.

Źródło: Gazeta Wyborcza