Zapasy mniej groźne

Posłowie kompletnie przerobili ustawę o nadmiernych zapasach, co sprawia, że większość przedsiębiorców jest teraz gotowa się z nią pogodzić.

Sejm miał uchwalić ustawę w nocy z czwartku na piątek. Miała to być już zupełnie inna ustawa od tej, której projekt przygotowany przez rząd specjalna podkomisja sejmowa początkowo odrzuciła w całości jako godzący w interesy polskich przedsiębiorców. Ostatecznie po wprowadzeniu gruntownych zmian w czwartek rano projekt ustawy został przyjęty przez sejmową komisję europejską bez głosu sprzeciwu. Było więc bardzo prawdopodobne, że także cały Sejm nie będzie miał do ustawy zastrzeżeń.

Ustawa w założeniu miała karać spekulantów chcących wykorzystać różnicę w wysokości ceł między Unią a krajami kandydackimi. Chodziło o to, by nasi importerzy nie nagromadzili sobie na zapas np. tańszego ryżu z Azji, by potem rzucić go na rynek unijny. Producenci żywności, dystrybutorzy i handlowcy byli przekonani, że ustawa jest szkodliwa dla gospodarki i bardzo kosztowna. Doprowadzi do niewyobrażalnych wydatków administracyjnych na kontrolowanie i liczenie zapasów, wzrostu inflacji i bezrobocia spowodowanego upadkiem wielu firm zrujnowanych wysokimi karami za zgromadzenie nadmiernych zapasów. Zgodnie z rządowym projektem każdy (rolnik, handlowiec czy przetwórca), kto 30 kwietnia miałby w swoim magazynie o ponad 10 proc. więcej jakiegoś produktu żywnościowego, niż miał przeciętnie tego dnia w ostatnich trzech latach, musiałby zapłacić karę. I to bardzo wysoką, np. za tonę „nadmiernej” pszenicy właściciel zapłaciłby 95 euro kary. Na dostarczonej przez Brukselę czarnej liście towarów, których zapasy mają być liczone, jest ponad 200 produktów – m.in. mięso, cukier, zboża, mąka, masło itd.

Jednak sejmowa podkomisja gruntownie przerobiła ustawę, a komisja europejska to zaaprobowała. Podwyższono, i to znacznie, próg posiadanych zapasów, od którego rozpoczyna się cała procedura liczenia, np. w przypadku zbóż ze stu ton do tysiąca. Oznacza to znaczne odbiurokratyzowanie ustawy, duża grupa producentów bowiem nie będzie jej w ogóle podlegać.

Po drugie, chociaż opodatkowana jest nadal różnica między aktualnym stanem zapasów a średnią z trzech ostatnich lat, to jednak można stan aktualny pomniejszyć o to, co: • dana firma zużyje na własne potrzeby do końca lipca; • zostało zaimportowane w ramach bezcłowych kontyngentów, a zostanie zużyte na potrzeby krajowe do końca lipca; • zostanie wywiezione do końca lipca poza obszar celny Unii bez żadnych dodatkowych dopłat eksportowych.

Jeśli dana firma uczestniczyła w jakimś programie rządowym, np. skupowała zboże dla Agencji Rynku Rolnego, to różnicę między wielkością skupu tegoroczną a średnią z trzech lat poprzednich też może sobie odjąć od stanu aktualnego. Ponadto ustawa uwzględnia różne zmiany organizacyjne, jakie mogły nastąpić w danym przedsiębiorstwie, np. połączenie z inną firmą.

Z nowej wersji ustawy zadowoleni są przedsiębiorcy. – Po tych wszystkich zmianach ustawa istotnie staje się narzędziem walki ze spekulantami, którzy gromadzą zapasy w celu wykorzystania różnic celnych, a nie godzi w uczciwych przedsiębiorców, którzy potrzebują zapasów, by zapewnić sobie ciągłość produkcji – uważa Bogdan Judziński, szef Polskiej Izby Zbożowo-Paszowej.

Zmiany ustawy nie do końca satysfakcjonują członków Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji zrzeszającej największe sieci handlowe. – Nie udało nam się „zmiękczyć” przepisów dotyczących obliczania zawartości cukru w innych produktach – narzeka Andrzej Faliński, sekretarz generalny POHiD. Aby więc określić zapasy cukru, sieci będą musiały obliczyć, ile cukru mają zgromadzone przez nie czekolady, cukierki, galaretki itp., a to jest praktycznie niewykonalne. Faliński obawia się, że sprawa zapasów najprawdopodobniej i tak znajdzie swój finał w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości. Polska uważa bowiem, że narzucone nam limity dyskryminują polską gospodarkę, a Bruksela może uznać, że zmiana ustawy o zapasach jest niezgodna z prawem UE.

Źródło: Gazeta Wyborcza