1 stycznia 2004 roku Polska nie otrzyma pomocy strukturalnej od Unii Europejskiej

Komisja Europejska nie udostępni Polsce od 1 stycznia przyszłego roku funduszy strukturalnych i funduszy spójności, jak to obiecała – dowiaduje się „Rzeczpospolita”. Rząd nie zdołał spełnić na czas warunków korzystania ze wsparcia Brukseli. Warte 12,455 miliarda euro programy pomocowe miały być uruchomione cztery miesiące przez poszerzeniem Unii, aby ograniczyć ryzyko utraty części pomocy.

Komisja zawarła wczoraj z Polską porozumienie o przeznaczeniu pomocy strukturalnej w pierwszych trzech latach członkostwa. Gros środków ma sfinansować budowę autostrad, linii kolejowych i oczyszczalni ścieków (4,17 mld euro w latach 2004 – 2006) oraz wsparcie dla biednych regionów i obszarów wiejskich (4,36 mld euro).

Bez taryfy ulgowej

Środki, które Unia przekaże Polsce na 2004 rok (łącznie na wszystkie programy około 3,5 mld euro) przepadną, jeśli nie zostaną wykorzystane do końca 2006 roku.

 – Chcieliśmy uruchomić pomoc strukturalną dla Polski od początku nowego roku, aby było maksymalnie dużo czasu na jej wykorzystanie. Nie będzie to jednak możliwe – mówi John O'Rourke, zastępca ambasadora Komisji Europejskiej w Polsce.

 – Dostosowanie (do unijnych wymogów – red.) leży w interesie krajów akcesyjnych. Jeśli tego nie zrobią, pieniądze zostaną w Brukseli – stwierdził wczoraj w Brukseli komisarz ds. pomocy regionalnej Michel Barnier.

Do tej pory nasz kraj z trudnością wykorzystywał rocznie 500 mln euro pomocy Brukseli, i to z opóźnieniem. Projekty finansowane z programów rozwoju infrastruktury ISPA i SAPARD za 2000 rok, wzorowanych na funduszach spójności i funduszach strukturalnych, dopiero teraz są przez Unię przekazywane.

Aby pomóc Polsce i innym kandydatom, Bruksela stworzyła możliwość zgłaszania konkretnych projektów wykorzystania pomocy. Jeżeli zostaną zaakceptowane, KE zagwarantuje wypłatę pieniędzy, dzięki czemu będzie można zacząć realizować inwestycje wcześniej. Środki będą wypłacane dopiero po 1 maja 2004 roku.

Ustawa wciąż w Sejmie

Projekty nie trafią od początku nowego roku do Brukseli z wielu powodów. Jednym z najważniejszych jest brak ustawy o zamówieniach publicznych. Przesłany do Sejmu 20 października projekt czeka na rozpatrzenie. Posłowie wprowadzili do niego tak wiele poprawek, że nie jest jasne, czy nadal spełnia on wymogi UE.

Przepisy ustawy mają umożliwić równy dostęp unijnych firm do wartego 40 mld zł rocznie rynku zamówień publicznych w Polsce. Dziś dostawcy, którzy wykorzystują ponad połowę polskich komponentów, otrzymują 20-procentową premię w punktacji.

Kłopot jest także z przepisami o pomocy publicznej. KE ma wątpliwości, czy część funduszy strukturalnych nie posłuży do przyznania nieuzgodnionych preferencji polskim przedsiębiorstwom i naruszenia w ten sposób warunków konkurencji w Unii. Dlatego domaga się ustanowienia systemu notyfikacji wsparcia.

Innym problemem jest budowa przez Ministerstwo Finansów systemu komputerowego Simik, służącego do kontroli wykorzystania unijnych środków. Najwcześniej będzie można go uruchomić pod koniec lutego. System jest niezbędny, by Bruksela oddała polskim władzom zarządzanie wykorzystaniem pomocy. John O'Rourke jest przekonany, że nie będzie powtórki ze skandalu z systemem kontroli produkcji żywności IACS, z którym Polska nie może się uporać od trzech lat. – Prace posuwają się sprawnie – mówi.

Są też trudności z wdrożeniem ustawy o finansach publicznych z takim podziałem kompetencji w urzędach, aby osoby odpowiedzialne za zatwierdzanie projektów nie były tymi, które później podejmują decyzję o wypłacie środków. Urzędy powinny także ustanowić system audytu wewnętrznego, zapewniający kontrolę przynajmniej 15 procent projektów.

KE ma wątpliwości, czy samorządy, zwłaszcza w uboższych regionach kraju, zdobędą pieniądze na udział własny w inwestycjach finansowanych z funduszy strukturalnych. Będą one odpowiedzialne za wykorzystanie aż 40 procent pomocy.

Bruksela jest też mocno zaniepokojona brakiem gotowych do realizacji projektów wykorzystania unijnej pomocy. Jest, co prawda, wiele tysięcy pomysłów, ale są to w większości ogólne scenariusze, bez gwarancji wykupienia gruntów, odpowiedniej dokumentacji technicznej, oceny wpływu inwestycji na środowisko. Jedną z przyczyn jest chroniczny brak w administracji wysokiej klasy ekspertów.

Precedens na lata

Stawka wiążąca się z wykorzystaniem unijnej pomocy jest dla Polski podwójna. Jak podał wczoraj Eurostat, pod względem poziomu rozwoju w stosunku do krajów „15” Polska stoi w miejscu od 1999 roku, od kiedy gromadzone są w tej sprawie porównywalne dane. Dochód na mieszkańca w naszym kraju, przy uwzględnieniu siły nabywczej złotego, to tylko 41 proc. średniej w UE. Niższy dochód wśród państw przystępujących do Unii mają tylko Litwa, Łotwa i Estonia. Każdy z tych krajów zmniejsza jednak swój dystans do UE. Oprócz Polski nie poprawiają swojego miejsca w rankingu tylko Malta i Cypr.

Sposób, w jaki Polska wykorzysta unijną pomoc w pierwszych trzech latach członkostwa, będzie miał także wpływ na potencjalnie znacznie większe wsparcie, na jakie możemy liczyć w kolejnym siedmioletnim budżecie UE na lata 2007 – 2013.

Wczoraj Michel Barnier ostro zaprotestował przeciwko zamrożeniu w tym czasie kasy Brukseli na poziomie 1 proc. PKB Unii, jak proponuje 6 krajów UE, w tym Niemcy i Francja. – Jeśli chcemy prowadzić dotychczasową politykę opierającą się na zasadzie solidarności, to bez zwiększenia wydatków będzie to niemożliwe – stwierdził Barnier. Do końca 2006 roku budżet UE może sięgać 1,24 proc. dochodu narodowego całej Wspólnoty. Obecnie jest wykorzystywany niecały 1 proc. Jak zauważył Barnier, już od 2004 roku wydatki unijnego budżetu będą przekraczać 1 proc. PKB, bo rozpocznie się wypłacanie środków pomocowych dla nowych członków UE. – Apel sześciu krajów oznacza więc w praktyce zmniejszenie budżetu – mówił komisarz.

 – Nie wyobrażam sobie, żebyśmy w styczniu 2007 roku wydawali mniej niż w grudniu 2006 roku – stwierdził. – Nie możemy zapewniać wzrostu gospodarczego kilku krajom, a reszcie okazywać miłosierdzie.

KOMENTARZ: Miliardy do wzięcia

Polska od kilku lat nie zmniejsza swojego dystansu ekonomicznego do Unii Europejskiej. Dostaniemy teraz z Brukseli miliardy euro na projekty, które mają pomóc w częściowym przynajmniej zasypaniu rowu dzielącego nas od najbogatszych państw Wspólnoty. Tylko od nas zależy, czy je wykorzystamy. Musimy mieć gotowe prawo i tak je stosować, żeby Unia miała pewność, iż jej pieniądze nie idą do kontrahentów, którzy są znajomymi burmistrza. Ma prawo do tej kontroli, bo w końcu każde państwo UE przekazuje nam setki milionów euro i chciałoby, żeby również jego firmy były dopuszczane do przetargów.

Jest bardzo prawdopodobne, że jeśli się nie pospieszymy, to nie będziemy w stanie wykorzystać unijnych funduszy. Byłby to fatalny sygnał dla krajów, które są głównymi płatnikami do unijnej kasy. Już teraz, w obliczu własnych problemów gospodarczych, apelują one o zmniejszenie budżetu Wspólnoty. Jeśli okaże się, że nie jesteśmy w stanie wydać przeznaczonych dla nas teraz pieniędzy, będzie to świetny argument do zmniejszenia wydatków budżetowych Unii po 2007 roku.

Oczywiście możemy znaleźć mnóstwo powodów uzasadniających naszą nieudolność. Sejm miał akurat przerwę świąteczną i nie zdążył uchwalić przepisów. Gmina nie ma pieniędzy na współfinansowanie, bo Ministerstwo Finansów spóźnia się z przelewem. A na zarzuty Brukseli możemy odpowiadać, że to zemsta za konstytucję. Zamiast szukać wyjaśnień, lepiej byłoby po prostu wypełnić unijne standardy i sięgnąć po darowane nam miliardy. Bardzo nam się przydadzą.

Anna Słojewska


Źródło: Rzeczpospolita