Produkcja wieprzowiny wciąż nie jest w Polsce biznesem

Komisja Europejska prognozuje coroczny przyrost spożycia wieprzowiny do 18,6 mln t w 2010 r. To dobra wiadomość dla polskich hodowców trzody pod warunkiem, że zechcą uczynić z tej hodowli biznes. Konieczne są do tego nowe technologie, unijne standardy i właściwa organizacja produkcji. Zamiast tego dyskutuje się, jakie hodowle są lepsze – wiekostadne czy niskotowarowe.

Roczna produkcja wieprzowiny w państwach „15” z obecnych ok. 18 mln t ma dojść do 18,6 mln t w 2010 r., konsumpcja zaś w najbliższych latach wzrośnie najprawdopodobniej z 43,7 kg na osobę w 2002 r. do 45,3 kg.

W ocenie Komisji Europejskiej produkcja trzody chlewnej w Unii Europejskiej w 2003 r. wyniesie 201,7 mln szt. i może być nieznacznie mniejsza (-0,4 proc.) niż rok wcześniej. Największymi producentami są Niemcy z ponad 41,2 mln szt. rocznie, Hiszpania z 37,2 mln szt., Francja – 26,8 mln, Dania – 24,5 mln, praktycznie taka sama ilość jak w Polsce. Spadek produkcji notowany jest w: Grecji, Holandii i Wielkiej Brytanii.

W państwach Unii jest wysoka koncentracja chowu i na 1 gospodarstwo przypada średnio 92 sztuki, ale np. w Holandii jest to 655 sztuk, w Belgii, Danii i Wielkiej Brytanii ok. 500 szt., natomiast w Polsce 17 szt.

W Unii to dochodowy biznes

 – Aby produkcja mięsa gwarantowała jakąkolwiek rentowność, stado musi liczyć minimum 70 – 100 sztuk bydła i 1200 sztuk trzody chlewnej – mówi Jacek Leonkiewicz, radca w Głównym Inspektoracie Weterynarii.

Właściciele ferm w krajach UE jednoczą się w związkach branżowych i wiążą umowami kontraktacyjnymi z zakładami przetwarzającymi mięso, gdyż mają zapewniony stały zbyt surowca, terminową płatność i dostęp do technologii chowu, co obniża koszty produkcji i pozwala lepiej zaspokajać oczekiwania klientów. Z kolei zakłady nie obawiają się świńskich „górek i dołków” i otrzymują surowiec odpowiedniej jakości i w wymaganych ilościach , z dokładnym określeniem źródła jego pochodzenia. Obie strony mogą planować swoją działalność na podstawie przewidywanych kosztów.

Będą zintegrowane przepisy

W Polsce na wsi żyje 27 proc. ludności i jest ponad 2 mln gospodarstw. Ferm wyspecjalizowanych w produkcji trzody jest nieco ponad 5 tys., z czego najwięcej, bo ponad 100, działa w Wielkopolsce. Największe są w Kołbaczu (30 tys. szt. rocznie), Zabieganowie i Zalesiu. Znacznie ponad 90 proc. z nich ma polskich właścicieli.

Jaki jest stan polskich ferm, nie wiadomo. Dokładnie zostały zlustrowane tylko te należące do amerykańskiego Smithfielda, właściciela Animeksu, który nie ukrywa, że z naszego kraju chce uczynić centrum produkcji wieprzowiny na całą Europę. Działa 9 hodowli koncernu i ich roczna produkcja stanowi 2 – 3 proc. wieprzowiny uzyskiwanej z polskich hodowli wielkostadnych; podstawą dostaw surowca dla zakładów przetwórczych są umowy kontraktacyjne i usługowe z gospodarstwami indywidualnymi.

 – Nie ma przepisów dla ferm określających kryteria, jakie powinny spełnić w ochronie środowiska, warunkach rolniczych i budowlanych – zgadzają się m.in. dr Jan Śmiechowicz z Głównego Inspektoratu Weterynarii i Roman Miler, dyrektor handlowy w ZM Duda SA. Prezesi kilku dużych firm mięsnych, z którymi rozmawiała „Rz”, wskazują, że w raporcie pokontrolnym hodowli Smithfielda z kwietnia br. Głównej Inspekcji Ochrony Środowiska (GIOŚ) nie ma definicji fermy, zaś od hodowcy wymaga się, by sam dokonywał ocen np. zanieczyszczeń i na tej podstawie wyliczał opłaty dla różnych urzędów. Zakład jest również zobowiązany do wystąpienia o wszelkiego rodzaju zezwolenia, które potem weryfikują weterynarze.

Według Wojciecha Wojtyry z Ministerstwa Rolnictwa takie wytyczne już są.

 – Dotychczas trzeba było uzyskać różne zezwolenia na funkcjonowanie fermy, a obecnie wszystkie będą uwzględnione w jednym dokumencie, nad którego kształtem pracuje resort ochrony środowiska. Stare zezwolenia trzeba zaktualizować – tłumaczy Wojciech Wojtyra. Okazuje się jednak, że nie wszystkie fermy będą musiały to uczynić. Które, na razie nie wiadomo.

Tylko rodzinnie i ekologicznie

Nie ma zgody wśród naukowców i rolników ani też szacunków w resorcie rolnictwa, jaka wielkość ferm jest optymalna w polskich warunkach i czy w ogóle są potrzebne. Dr Stanisława Okularczyk z Instytutu Zootechniki w Krakowie dolną granicę tuczu dla dochodowego gospodarstwa towarowego określa na 400 szt. w jednym rzucie, natomiast maksymalne wielkości roczne to do 5 tys. szt. na północy kraju, 2 tys. na południu i 1000 – 1500 szt. na zachodzie.

W resorcie gospodarki twierdzą, że funkcjonować mogą wyłącznie rodzinne gospodarstwa chłopskie, bo tylko takie zapewnią ekologiczną, zdrową żywność.

 – Produkcja ekologiczna oznacza niewielki zakres hodowli, a z tego trudno wyżyć, a jeszcze trudniej nawiązać partnerską współpracę z zakładem przetwórczym – jest przekonany Stanisław Zięba z Polskiego Związku Eksporterów i Importerów Mięsa.

 – Dlaczego źle mamy traktować gospodarstwa inne niż rodzinne? – zastanawia się Stanisław Witek, szef Federacji Związków Pracodawców Rolnych. – Musi się liczyć efektywność, a nie forma własności. Każde gospodarstwo czy firma nie mogą szkodzić środowisku, a to jest możliwe wtedy, gdy mają tyle ziemi, ile trzeba na zagospodarowanie odpadów, co łatwo wyliczyć, uregulować przepisami i konsekwentnie pilnować ich przestrzegania – mówi.

Podobnie jak Witek myśli Marek Musiał z Białożewicz, koordynator grupy producenckiej Zorza, która skupia 100 producentów wytwarzających rocznie 25 – 30 tys. szt. trzody i powiązała się umowami kontraktacyjnymi z przetwórnią mięsa na południu kraju.

 – Mięsność zwiększyliśmy o 7 – 10 procent i jest ona porównywalna z duńską. Przynależność do grupy jest powiązana z jakością, lojalnością wobec odbiorcy i chęcią wdrożenia unijnych standardów sanitarno-weterynaryjnych, umożliwiających eksport do krajów unijnych. Jest miejsce dla dużych i bardzo małych – uważa Marek Musiał. W Zorzy i grupach producenckich współpracujących m.in. z Sokołowem, Mrozem, Balcerzakiem i Dudą są zgodni: – Jeśli polscy producenci trzody nie zjednoczą się i nie będą mieli jednorodnej produkcji o najwyższych parametrach jakościowych, upadek grozi wielu gospodarstwom.

 – Nie uciekniemy od ferm i daleko posuniętej specjalizacji. Zamiast kłótni powinna być współpraca, gdyż w przeciwnym razie polskiego mięsa nie starczy na zaspokojenie krajowych potrzeb. Mali muszą zająć się zmianami i zadbać o wdrożenie unijnych standardów sanitarno-weterynaryjnych. To z ich gospodarstw pochodzi 150 tys. t tłustego mięsa, z którym Agencja Rynku Rolnego nie wie, co zrobić – wylicza Stanisław Zięba.

Źródło: Rzeczpospolita