Tajemnicze zmiany w zapisach ustawy o biopaliwach. Tylko pomyłka czy walka lobbystów?

„Rzeczpospolita” trafiła na sprawę podobną do tej ze znikającymi słowami „lub czasopisma” z ustawy o mediach. Między jednym a drugim posiedzeniem sejmowych komisji pracujących nad ustawą o biopaliwach nastąpiły tajemnicze zmiany w zapisach. Zmiany, na których jedni mogą stracić, a inni zarobić miliony złotych. W czwartek z tego powodu w atmosferze skandalu odwołano głosowanie w sprawie ustawy o biopaliwach.

20 maja 2003 roku – tego dnia podkomisja nadzwyczajna ds. gospodarki zajmowała się biopaliwami. Oprócz posłów w dyskusji zabierali głos przedstawiciele firm i organizacji, którym zależy na korzystnych dla siebie przepisach. Za poszczególnymi zapisami lobbowali reprezentanci: PKN Orlen, Brasco (biopaliwowa firma Aleksandra Gudzowatego), importerzy paliw, producenci rzepaku i buraków cukrowych. W takiej atmosferze posłowie zgłaszali poprawki do rządowego projektu. Autorem jednej z nich był reprezentujący Samoobronę Adam Ołdakowski.

Problem buraka

Parlamentarzysta zaproponował, żeby do wykazu roślin, z których można wytwarzać ekologiczne paliwo (np. rzepak, zboża) dodać buraki cukrowe. Dalszy ciąg tej samej poprawki Ołdakowskiego polegał na wykreśleniu z tego samego przepisu słów „oraz inne rośliny”. Na tej drugiej części zależało producentom rzepaku. Dlaczego? Ponieważ obawiali się, że zostawienie takiej furtki pozwoli w przyszłości na robienie biokomponentów do paliwa z importowanego oleju palmowego albo sojowego, który jest tańszy od krajowego oleju z rzepaku.

Po zgłoszeniu poprawki przez Ołdakowskiego głos zabrał szef podkomisji Zbigniew Kaniewski z SLD. Zgodnie ze zwyczajami panującymi na posiedzeniach sejmowych komisji, spytał przedstawiciela rządu, w tym wypadku wiceministra rolnictwa Andrzeja Chodkowskiego, o opinię.

 – To jest doprecyzowanie obecnego przepisu. (…) Z naszej strony nie ma uwag do tego – odparł Chodkowski.

Potem głos zabrał Mariusz Olejnik, szef Krajowego Zrzeszenia Producentów Rzepaku. Jak wyjaśniał, tak skonstruowany przepis gwarantuje, że biopaliwa nie będą wytwarzane ze sprowadzanego z zagranicy oleju palmowego albo sojowego.

Kaniewski poprosił Ołdakowskiego, żeby ten jeszcze raz przeczytał swoją poprawkę. Poseł Samoobrony powoli, z kartki odczytał tekst. Przewodniczący zapytał, czy ktoś ma uwagi? Nie było zgłoszeń. – Merytorycznie możemy przyjąć, natomiast stylistycznie upoważniamy Biuro Legislacyjne do wyczyszczenia tej poprawki – podsumował Kaniewski.

Producenci rzepaku dopięli swego. Wyeliminowali soję i palmę. Przynajmniej tak im się wydawało do 11 czerwca 2003 roku.

Kaniewski mi kazał

Tego dnia odbyło się posiedzenie nadzwyczajnej komisji ds. rozpatrzenia projektów ustaw z rządowego programu „Przedsiębiorczość, rozwój, praca” (podobnie jak podkomisją kieruje nią ten sam Zbigniew Kaniewski z SLD). W tekście, który dostali posłowie, znalazły się zgłaszane przez Ołdakowskiego buraki cukrowe, ale nie został wykreślony zapis o „innych roślinach”, o którego wyrzuceniu posłowie zadecydowali 20 maja. Żaden z członków komisji nadzwyczajnej nie zorientował się, że w przygotowanym materiale znalazła się tylko część poprawki Ołdakowskiego.

Projekt nowego prawa gładko przeszedł przez komisję i ustawa 10 lipca została uchwalona przez Sejm, potem trafiła do Senatu. W tym momencie producenci rzepaku zauważyli zdziwieni, że przepis nie ma brzmienia, którego by sobie życzyli.

 – W podkomisji „inne rośliny” wypadły, w komisji już były. Kiedy i gdzie je wpisano? – zastanawiali się rzepakowcy.

Sprawa była na tyle tajemnicza, że nie zdawał sobie z niej sprawy PSL-owski specjalista od biopaliw poseł Marek Sawicki. Przekonywał „Rz”: „Nie ma żadnego zagrożenia. Przecież to sformułowanie (o innych roślinach – red.) zostało wykreślone w podkomisji”.

Po rozmowie Sawicki sięgnął do aktualnego tekstu ustawy. Ze zdziwieniem przeczytał, że w tekście przyjętym przez Sejm „inne rośliny” jednak są. Spotkaliśmy się z nim, żeby omówić zaskakującą sytuację. Poseł zaprosił również prawniczkę z Biura Legislacyjnego Kancelarii Sejmu, przydzieloną do pracy nad ustawą o biopaliwach, Mariolę Stawarz-Bulandrę. Spytał ją, jak to się stało, że zaakceptowana przez posłów poprawka nie została umieszczona w 2 artykule projektu?

 – Poseł Kaniewski kazał mi w taki sposób sformułować ten przepis. Przecież sama tego nie zrobiłam, bo to jest ingerencja merytoryczna – stwierdziła. To samo powtórzyła przedstawicielom Krajowego Zrzeszenia Producentów Rzepaku.

Kilkadziesiąt spraw na głowie

Po kilku dniach jeszcze raz odwiedziliśmy sejmową legislatorkę. Spytaliśmy, co konkretnie Kaniewski mówił jej o kształcie 2 artykułu ustawy?

 – Już nie pamiętam, co mówił konkretnie. Przecież to było w maju.

 – Kiedy i gdzie ta rozmowa się odbywała? W pani gabinecie, u niego w gabinecie?

 – W żadnym wypadku. Ja się nie kontaktuję z posłami w takich sprawach poza oficjalnymi posiedzeniami. To było w czasie obrad podkomisji 20 maja – powiedziała.

Dotarliśmy do taśmy magnetofonowej, na której jest zarejestrowane tamto posiedzenie. Wbrew temu, co mówi prawniczka, na taśmie nie ma śladu po publicznej wymianie zdań między nią i Kaniewskim. Takiej rozmowy nie przypominają sobie również uczestnicy obrad podkomisji, z którymi rozmawialiśmy.

Historia z „innymi roślinami” obciąża sejmową prawniczkę, Kaniewskiego (przewodniczy komisji i podkomisji), Sawickiego (był sprawozdawcą prac w podkomisji), Ołdakowskiego (nie dopilnował własnych poprawek), ale również innych członków nadzwyczajnej komisji, którzy nie zauważyli całej sytuacji.

Sprawę mogliśmy opisać dokładnie, ponieważ obrady z 20 maja zostały zarejestrowane na taśmie magnetofonowej. Jednak z reguły posiedzenia podkomisji nie są nagrywane, nie zostają po nich stenogramy (nie wymaga tego regulamin Sejmu). Dokumentacji najczęściej nie ma, chociaż to właśnie na rzadko odwiedzanych przez dziennikarzy posiedzeniach podkomisji dochodzi do starć lobbystów i ważnych zmian w projektach ustaw. Jeśli kaseta już jest, to pojawiają się kolejne problemy, bo nie ma określonych zasad dysponowania takimi materiałami. Jednym razem w sekretariacie słychać odpowiedź, że taśmę może odsłuchać tylko poseł, inny razem, iż taka możliwość przysługuje również dziennikarzowi.

Co na to wszystko poseł Kaniewski z SLD, którego obciążała sejmowa prawniczka?

 – W ogóle nie rozmawiałem z panią Bulandrą o kształcie tego przepisu. Nie robiłem tego poza posiedzeniami, bo taka ingerencja byłaby niedopuszczalna. Zgadzam się, że te słowa powinny wypaść z tekstu, skoro tak zdecydowali posłowie. Jeśli nie wypadły, to błąd popełniło Biuro Legislacyjne. Ja nie jestem w stanie nad wszystkim panować, bo takich ustaw, jak biopaliwowa, przechodzi przez moją komisję kilkadziesiąt.

Czy palma jest wydumana?

„Inne rośliny” zostały w ustawie o biopaliwach. Jakie mogą być tego konsekwencje? Producenci rzepaku, którzy mieli być głównymi beneficjentami ustawy, obawiają się, że otwiera to furtkę do produkowania biokomponentów z importowanych i tańszych olejów – sojowego i palmowego.

Dyrektor Kazimierz Żmuda, który w Ministerstwie Rolnictwa zajmuje się biopaliwami, uważa, że problem jest wydumany. Mówił „Rzeczpospolitej”, iż wykorzystywanie takich składników byłoby niesłychanie trudne z powodów technologicznych. Zażądał nawet od zrzeszenia rzepakowców dowodów, że w polskich warunkach można do produkcji paliw wykorzystać oleje z palm i soi. – Z zebranych przez nas informacji wynika, iż w Niemczech są instalacje do przetwarzania oleju palmowego na biodiesel – opowiada szef Krajowego Zrzeszenia Producentów Rzepaku Mariusz Olejnik. – Kilku niemieckich producentów biodiesla w celu obniżenia kosztów miesza olej rzepakowy z palmowym i taką mieszankę poddaje estryfikacji. Jeśli można w Niemczech, to można również w Polsce.

Żmuda wysuwa jeszcze jeden argument – według ustawy producenci biopaliw muszą podpisywać z dostawcami długoletnie umowy kontraktacyjne, co zabezpiecza interesy polskich rolników.

Olejnik nie zgadza się, że to wystarczy do ochrony rodzimych producentów. – Z Amerykaninem nie można podpisać umowy na 5 lat? – pyta.

Tańszymi biokomponentami z importu mogą być zainteresowani producenci paliw. Rzecznik grupy Lotos Marcin Zachowicz zapewnił nas jednak, że jego firma nie prowadzi żadnych rozmów w sprawie importu oleju sojowego lub palmowego. Podobnie dyrektor ds. biopaliw w Orlenie Robert Gmyrek zapewnia, iż jego firma nastawiona jest na używanie oleju rzepakowego.

We wtorek „Rzeczpospolita” napisała, że posiadaczem sporych ilości oleju palmowego będzie niebawem PHZ Bumar, który handluje sprzętem wojskowym. Olej będzie częścią zapłaty za czołgi sprzedane do Malezji. Kontrakt jest wart 400 mln dolarów. 30 proc. tej sumy Malezyjczycy zapłacą właśnie olejem. Jednak Bumar zapewnia, że towar nie zostanie w Polsce. Firma zamierza sprzedać go za granicę.

Źródło: Rzeczpospolita