Reforma unijnej polityki rolnej przyjęta

Trzeci raz okazał się decydujący. Wczoraj nad ranem, po 16-godzinnym maratonie rozmów, które na końcówce prowadzili wyłącznie ministrowie rolnictwa, Unia dokonała zasadniczej reformy swej polityki rolnej.

Austriacki komisarz Franz Fischler odniósł ostatecznie sukces. Kraje kandydackie i dziesięciu kandydatów w tym Polska zgodziły się na zmiany, które mają skończyć z nadprodukcją dotowanej żywności w Europie, zarazem zapewniając rolnikom stałość dochodów.

Dla polskich rolników wczorajszy kompromis z Luksemburga nic od razu nie zmienia. Zdaniem wiceministra Jerzego Plewy, który reprezentował nas w nocnym maratonie, nasi rolnicy z czasem na zmianach mogą tylko zyskać.

Zgodnie z głównym punktem reformy Fischlera od 2005 r. kraje Unii mogą całkowicie oddzielić dopłaty bezpośrednie dla rolników od produkcji. Unijni rolnicy dostawać je mają „od gospodarstwa” na podstawie średniej dopłat za lata 2000-02. O tym, co będą produkować, decydować będą sami, biorąc pod uwagę to, co im się najbardziej opłaca, a nie na podstawie tego, do czego dotąd Bruksela im dopłacała.

Francja wywalczyła jednak możliwość częściowego utrzymania dotychczasowego systemu do produkcji – do 25 proc. w przypadku uprawy roślin i 40 proc. przy produkcji wołowiny. Wszystko musi się jednak zmieścić w ramach obecnego budżetu Unii na WPR. Jesienią ub.r. ustalono, że będzie on zamrożony do 2013 r. (plus rocznie 1 proc. inflacji).

Dopłaty dla rolników będą także w niewielkim stopniu zmniejszane, ale wyłącznie dla rolników unijnych, gdyż w krajach kandydackich, także w Polsce, będą one stopniowo rosnąć aż do 2013 r. W Unii będą one obcinane o 3 proc. w 2005 r., 4 proc. w 2006 r., 5 proc. w 2007 r. i dalej o 5 proc.

Zaoszczędzone środki zostaną przesunięte w krajach Unii na tzw. rozwój obszarów wiejskich, z tym że 80 proc. tych pieniędzy pozostanie w danym kraju (w przypadku producentów żyta głównie w byłej NRD 90 proc.), a pozostałe 20 (lub 10) proc. trafi przede wszystkim do najuboższych – Grecji, Portugalii i Hiszpanii, a w przyszłości także Polski. Większości (73 proc.) gospodarstw w Polsce w przyszłości zmniejszanie dotacji w ogóle dotyczyć nie będzie, gdyż mają otrzymywać do 5 tys. euro rocznie.

Rozwój obszarów wiejskich zamiast dotowania rolników to jeszcze jeden pomysł Fischlera na skończenie z nadprodukcją stymulowaną przez stosowanie coraz więcej chemii, nawozów itd. W przyszłości ma być w Unii wręcz odwrotnie – po trzyletnim okresie przejściowym wypłaty dopłat będą zależne od spełniania przez rolników wymogów ekologicznych, ochrony krajobrazu, poszanowania dla zwierząt itd. (w sumie reguluje to aż 18 unijnych dyrektyw).

Tych, którzy nie będą się do tego stosować, spotkają kary – obcinanie dopłat: o 10 proc. w przypadku zaniedbań, 20 proc., jeśli nie zostaną one usunięte, 30 proc. w razie uporczywej recydywy, nawet do całkowitego ich odebrania w przypadkach skrajnych. Polska występuje o dziesięcioletni okres przejściowy, ale niektóre z tych dyrektyw będziemy musieli respektować już od pierwszego dnia członkostwa.

Unijni ministrowie rolnictwa zgodzili się też wczoraj, by nie zmniejszać ceny interwencyjnej pszenicy (tak, jak chciała tego Francja) oraz zmniejszyć je w przypadku mleka w proszku (w sumie o 15 proc). i masła (25 proc. do 2007 r.). Wysokości limitów produkcji mleka utrzymano do sezonu 2014/15. Niekorzystne dla Polski jest wycofanie się UE z interwencji na rynku żyta, ale nasi specjaliści sądzą, że nie powinno to doprowadzić do obniżki jego ceny.

Z końcowego porozumienia zadowolony był minister rolnictwa Francji (to Paryż dotychczas blokował negocjacje), choć francuskie związki chłopskie przyjęły ją niezwykle krytycznie, mówiąc wręcz o „początku końca WPR”. Sprzeciw zgłosiła jedynie Portugalia, ale została przegłosowana.

Polska będzie musiała dostosować nasze umowy akcesyjne do uzgodnionych w Luksemburgu zmian. Negocjacje w tej sprawie zaczną się we wrześniu. Wtedy rozstrzygnie się ostatecznie sprawa żyta oraz tempa wprowadzania u nas 18 „ekologicznych” dyrektyw.

Źródło: Gazeta Wyborcza