Podkomisja sejmowa poprawiła projekt ustawy o ustroju rolnym

Gospodarstwa rolne będą mogły mieć dowolną wielkość. Wystarczy, że dwóch rolników założy spółkę. Takie są wyniki prac specjalnej podkomisji sejmowej, która miała przygotować poprawioną wersję projektu ustawy o ustroju rolnym w Polsce – do wersji rządowej dodać jeszcze elementy z propozycji PSL, LPR i Samoobrony.

We wtorek wyniki swoich prac podkomisja przedstawiła połączonym sejmowym komisjom rolnictwa oraz spraw wewnętrznych i administracji. Na pierwszy rzut oka było widać że projekt podkomisji został solidnie "odchudzony" – wyleciało z niego wiele zakazów i nakazów. Jeśli ta wersja zostanie zaakceptowana, projekt trafi wkrótce do drugiego czytania w Sejmie i ustawa ma szansę być przyjęta w ciągu najdalej dwóch miesięcy. Tym bardziej że wtorkowa dyskusja wykazała, iż zwolennicy nowej wersji są w zdecydowanej większości.

Projekt rządowy przygotowany przez zdominowany przez PSL resort rolnictwa trafił do Sejmu w październiku i od początku budził liczne kontrowersje. Pewnie dlatego prace nad nim szły bardzo wolno. Największą kością niezgody były tzw. minimalne i maksymalne normy obszarowe. W projekcie rządowym uznano, że tylko gospodarstwo, które ma minimum od 10 do 20 ha (w zależności od regionu kraju) może się powiększać poprzez kupno ziemi. Ale może się powiększać tylko do 100, 200 lub 300 ha, też w zależności od regionu (najwyższe limity obowiązywałyby na Pomorzu, najniższe np. na Mazowszu). Przeciw tym normom protestowali zwłaszcza posłowie SLD, domagając się ich podwyższenia. Co więcej, po uchwaleniu ustawy normy maksymalne miały też obowiązywać dzierżawców, którzy teraz gospodarują często nawet na tysiącu hektarów. Projekt miał też bardzo duże obostrzenia dotyczące przejmowania gospodarstw – by je kupić, trzeba było zameldować się w gospodarstwie, mieć wykształcenie co najmniej rolnicze zasadnicze lub średnie, jeśli nabywca po raz pierwszy zamierzał pracować na roli, trzeba było osobiście prowadzić gospodarstwo, a nie wyręczać się siłą najemną. Dzierżawca nabierał prawa do pierwokupu prowadzonego przez siebie gospodarstwa tylko wtedy, gdy miał co najmniej trzyletnią umowę dzierżawną na piśmie, od trzech lat mieszkał na terenie gospodarstwa i je prowadził.

W projekcie przygotowanym przez podkomisję znika pojęcie normy minimalnej, a maksymalna jest identyczna dla całego terenu kraju i wynosi 300 ha. Ale dotyczy tylko gospodarstw rodzinnych. Zgodnie z projektem obok rodzinnego istnieje też gospodarstwo rolne, które nie ma żadnego określonego maksimum. To oznacza, że np. dwie osoby mogą założyć spółkę i wtedy mogą kupić nawet kilka tysięcy hektarów. Ten zapis wywołał we wtorek prawdziwą burzę. Marek Sawicki (PSL) i Gabriel Janowski (niezrzeszony) uznali, że ustawa, wprowadzając dwie kategorie gospodarstwa, dzieli rolników na chłopów i latyfundystów. – A wizja rolnictwa ma być jednolita, więc wszyscy powinni mieć takie same prawa – mówił poseł Janowski, który zaproponował nawet, by norma obszarowa nie tylko była jednolita, ale by ją zmniejszyć do maksimum 150 ha. Ten wniosek poniósł jednak sromotną klęskę w głosowaniu – poparło go tylko dwóch posłów. Co więcej, posłowie podwyższyli normę zaproponowaną przez podkomisję z 300 do 500 ha. Z okrzykiem: "Rozszabrujecie Polskę" Gabriel Janowski opuścił salę na znak protestu.

W projekcie podkomisji posłowie wyrzucili też wiele ograniczeń dla nabywców ziemi rolnej. Proponują, by dzierżawca nie miał żadnych ograniczeń obszarowych, a prawo do pierwokupu ma mu zapewnić pisemna umowa dzierżawna zawarta na co najmniej trzy lata (znikają pozostałe warunki). Utrzymano konieczność rolniczego wykształcenia, ale już się nie różnicuje kupców na starych i nowych rolników (nowi musieli mieć co najmniej średnie wykształcenie rolnicze). Utrzymano konieczność osobistego prowadzenia gospodarstwa, ale ustawa definiuje, że oznacza to osobiste podejmowanie decyzji dotyczących gospodarstwa. Nadal trzeba się w gospodarstwie zameldować.

Źródło: Gazeta Wyborcza