PSL wyproszone z rządu

Premier Leszek Miller wyprosił PSL z koalicji. Polską rządzi gabinet mniejszościowy. SLD i UP potrzebują 19 głosów, by odzyskać większość w Sejmie. Już w poniedziałek poznamy następców PSL-owskich ministrów.

 – Premier zwróci się do prezydenta RP o odwołanie wicepremiera i ministra rolnictwa Jarosława Kalinowskiego oraz ministra środowiska Stanisława Żelichowskiego – oświadczył w sobotę rzecznik rządu Michał Tober. Właśnie skończyło się godzinne spotkanie Millera, Kalinowskiego i wicepremiera Marka Pola (UP); miało zadecydować o przyszłości koalicji. Według ludowców premier przyszedł na nie z decyzją o zerwaniu. SLD-owcy nie zaprzeczają. – Przesądziło piątkowe oświadczenie PSL. Ta partia nic nie rozumie. Myśli, że sobie pokrzyczymy i wszystko będzie po staremu – podsumował sekretarz SLD Marek Dyduch.

Kryzys zaczął się w czwartek, gdy PSL wraz z opozycją odrzuciły rządową ustawę o winietach. Ludowcy przekonywali, że to nowy podatek, który bardziej zaogni sytuację w kraju. Radzili szukać pieniędzy na autostrady gdzie indziej. Nieoficjalnie wiadomo, że w zamian za winiety próbowali uzyskać korzystne dla wsi rozwiązania: biopaliwa, wyższe, niż proponował resort finansów, dopłaty dla rolników, ustawę ograniczającą obrót ziemią. W piątkowym oświadczeniu dali do zrozumienia, że z tych żądań nie ustąpią.

 – Okazało się, że rząd, w tym ministrowie z PSL, nie może liczyć na poparcie tego ugrupowania. Nie mogę tego dłużej tolerować. Nie będę niczyim zakładnikiem – powiedział Miller wieczorem w TVP.

Wiceprzewodniczący SLD Andrzej Celiński wyłożył nam argumenty za rozwodem z PSL: – Rząd ma do zrealizowania trzy ogólnonarodowe zadania: zwycięstwo w referendum unijnym, wprowadzenie pakietu "praca i rozwój", naprawę finansów publicznych. Zależy od tego napływ unijnych pieniędzy, czyli rozwój kraju. Wcześniej potrzebne są jednak wyrzeczenia. A tu na PSL nie można liczyć. W sprawie referendum wciąż nie zajęło stanowiska, w rządzie zachowywało się tak, jakby interesował je tylko elektorat wiejski i owoce władzy. Cofało się przy niemal każdej trudnej decyzji lub kazało sobie za nią płacić. Bardziej przeszkadzało, niż pomagało.

W sobotę można też było usłyszeć przestrogi. Władysław Frasyniuk, lider UW: – Rozpad koalicji nastąpił w najgorszym momencie ze względu na referendum i trudną sytuację gospodarczą.

Dzięki konstytucji rząd mniejszościowy może trwać. Ale by skutecznie rządzić, musi zapewnić sobie większość w sejmowych głosowaniach. Dlatego od piątku liderzy Sojuszu prowadzą rozmowy z małymi kołami poselskimi (SKL-RNP Artura Balazsa; PBL Wojciecha Mojzesowicza, PLD Romana Jagielińskiego) i z niezależnymi. Proponuje im współpracę parlamentarną lub koalicję. Jagieliński powiedział wczoraj PAP, że jego koło oraz grupy Balazsa i Mojzesowicza "deklarują wejście do rządu, żeby uzyskać pełną sprawność ponad 230 głosów".

 – Dyduch wyliczył, że możemy liczyć na 235 głosów – relacjonuje nasz rozmówca z SLD. Nie jest to jednak takie pewne (wykres obok). SLD-UP nie wyklucza więc doraźnej współpracy z opozycją: PO (np. przy reformie finansów), Samoobroną (przy sprawach społecznych), PiS (w kwestii bezpieczeństwa), a nawet z PSL. Dyduch ujawnił nam, że Sojusz gotów jest poprzeć biopaliwa, "ale w wersji, która będzie do przyjęcia przez Trybunał Konstytucyjny i prezydenta".

Prezydent Aleksander Kwaśniewski już dziś powoła nowych ministrów rolnictwa i środowiska. Wśród kandydatów na pierwsze stanowisko wymienia się Katarzynę Duczkowską-Małysz i Jagielińskiego, na drugie – Krzysztofa Szamałka. Wkrótce zdymisjonowani zostaną zapewne PSL-owscy wiceministrowie i wicewojewodowie. Dyduch: – Nie będzie jak za Buzka, że ktoś wychodzi z koalicji, ale zostaje na stanowiskach.

Źródło: Gazeta Wyborcza