Dopłaty rolnictwu szkodzą

 – System mieszany jest wymarzony dla takiego kraju jak Polska – stwierdziła Danuta Hübner, która była w Kopenhadze. – Ależ nie ma systemu mieszanego, tylko dopłaty do powierzchni gospodarstw – odpowiada wicepremier Kalinowski, który też był w Kopenhadze i powinien wiedzieć, co tak naprawdę wynegocjował, bo to on był odpowiedzialny za negocjacje rolne. – Obowiązywać będzie system ze zdecydowaną przewagą dopłat do powierzchni – zajmuje kompromisowe stanowisko premier Leszek Miller, stwierdzając, że wszystko jest jasne i nie ma mowy o niedomówieniach na linii Unia Europejska – Polska.

Nie wiadomo tylko, dlaczego główny negocjator Jan Truszczyński nerwowo zareagował na pierwsze sygnały, że Bruksela nie godzi się na to, by całość dopłat do rolnictwa (także tych przesuniętych z innych szufladek i pochodzących z kieszeni polskiego podatnika) naliczana była od powierzchni gospodarstw. Ale cóż, małe qui pro quo mamy już za sobą i teraz obowiązuje teza, że system mieszany (czy jak go tam nazywać) jest lepszy od prostej metody dotowania hektarów, gdyż wspierać będzie producentów, przyczyniając się do pozytywnych zmian strukturalnych na wsi. Gospodarstwa socjalne, nieefektywne i mało produkujące, będą się kurczyły, zaś gospodarstwa towarowe będą rosły w siłę i żyły dostatniej. Entuzjaści takiej tezy wykazują się pewnym brakiem logiki.

Gros dopłat będzie jednak do hektara, a co więcej, ta część (na początek 25 proc. poziomu obowiązującego w Unii) będzie z roku na rok rosła, gdy dopłaty „do produkcji” będą na tym samym poziomie. Nie są to zresztą duże kwoty – kilkaset złotych rocznie na hektar, więc nawet średnie gospodarstwa 10-20-hektarowe specjalnie się nie obłowią. Ale te niewielkie sumy pozwolą jednak trwać gospodarstwom socjalnym, które produkują niemal wyłącznie na własne potrzeby, a żyją głównie z renty dziadka. Wiadomo, na wsi nawet za niewielkie pieniądze da się wyżyć. Gdy dziadek umrze, zastąpi go Unia Europejska, która da sumę skromną, ale jednak w gotówce. Dzięki temu gospodarstwa uprawiające na trzech hektarach perz będą miały rentowność i dlatego ziemi nie sprzedadzą.

Dopłaty „do produkcji”, jak zapewnia wicepremier Kalinowski, będą tak naprawdę przydzielane w zależności od powierzchni, a nie od kwintali wyprodukowanego zboża czy sztuk rogacizny. Tyle że Unia z góry określa, jakie produkty wolno dotować, a jakie nie. Skąd unijni mędrcy wiedzą, że należy dotować pszenicę, ale broń Boże kartofle – to jest jedna z większych tajemnic Brukseli. Jeśli rolnik posadzi kartofle lub buraki cukrowe, to na hektar nie dostanie dodatkowych dopłat, a jeśli żyto, pszenicę lub chmiel – to owszem.

Czy interpretacja Jarosława Kalinowskiego jest słuszna, dopiero się przekonamy. Załóżmy, że jest. Powstaje pytanie – co będzie, jeśli rolnik, wzorem starego Boryny, przejdzie się po polu i z chusty wysieje żytko, które da mu plon trzech kwintali z hektara – mniej więcej tyle, ile w Polsce za Kazimierza Wielkiego lub w ZSRR za Breżniewa. Zgodnie z interpretacją Kalinowskiego należeć mu się będzie taka sama dopłata, jak rolnikowi specjalizującemu się w produkcji pszenicy i osiągającemu plony 20-krotnie wyższe.

Nie trzeba kończyć kursów mikroekonomii, by zrozumieć, że w takiej sytuacji dopłaty będą miały minimalne znaczenie dla producentów intensywnych, a spore dla tych, którzy sieją tylko po to, by skorzystać z pieniędzy Unii. A zatem ten system będzie zachęcał do produkcji mało wydajnej, wspierając gospodarstwa socjalne. Mało tego – będzie zachęcać do wykorzystania każdego skrawka ziemi, choćby piątej klasy. Jedyny produkt, który urośnie na tych nieużytkach, to unijne pieniądze. Tym samym proces restrukturyzacji na wsi będzie raczej hamowany niż przyspieszany.

Załóżmy jednak, że Unia nie zgodzi się na takie dziwactwo, jak opisane powyżej, i zażąda od Polski, by dopłaty były powiązane nie tyle z areałem, ile z tym, co i ile na polu rośnie. To jednak będzie oznaczało konieczność stworzenia systemu ewidencji i kontroli produkcji. System taki tworzony jest mozolnie przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, tyle że nie bardzo wiadomo, po co. Jeśli miałby spełniać standardy unijne, musiałby być bardzo drogi i to zarówno w fazie budowy, jak i eksploatacji. Swego czasu jeden z wiceministrów rolnictwa stwierdził, że dla prawidłowej ewidencji produkcji rolnej należałoby zatrudnić kilkanaście tysięcy ludzi. Same ich pensje pochłonęłyby całość unijnych dopłat. Wszak mówimy cały czas o dopłatach dodatkowych w wysokości 15 proc. poziomu unijnego plus być może 15 proc. z kieszeni polskich podatników. Co najmniej drugie tyle musielibyśmy zapłacić po to, by stworzyć system kontroli.

Wprawdzie jesteśmy już przyzwyczajeni do rozmaitych absurdów, ale może byśmy sobie jednak oszczędzili dodatkowych. Co więcej, z Brukseli dobiegają pomruki, że za parę lat Unia gruntownie zmieni system dopłat bezpośrednich, więc tworzenie na okres przejściowy kosztownego systemu kontroli w Polsce jest tym bardziej nierozsądne. I zapewne system taki nie będzie stworzony, a dopłaty będą przyznawane „po uważaniu”. Otworzy się nowe pole do nadużyć, kilkuset cwaniaków się wzbogaci, kilku nawet pójdzie do ciupy, a wieś pozostanie – jak dziś – spokojna i wesoła.

Tak naprawdę nie ma dobrego systemu dopłat. Każdy prowadzi do psucia rynku, zniekształcając sygnały idące od konsumentów do producentów. Każdy rodzi biurokrację, która uwielbia dzielić pieniądze pochodzące z naszych kieszeni i korupcję. Tych dwóch „dóbr” na pewno nam w najbliższych latach nie zabraknie.

Źródło: Gazeta Wyborcza