Dopłatami też rządzi kreatywna księgowość

Tytułowa kategoria, która w ubiegłym roku zachwiała światowymi giełdami, oznacza po prostu księgowe oszustwa na ogromną skalę, ścigane w każdym kraju z kodeksu karnego. Ale przecież wyraz "kreatywny" słowniki definiują jako "twórczy, zdolny do tworzenia czegoś oryginalnego". I właśnie w tym kontekście należy postrzegać spór o miliard euro dla Polski, który Unia Europejska na kopenhaskim szczycie zgodziła się przeksięgować z funduszy strukturalnych na bezpośrednie dopłaty do produkcji rolnej.

Już w pierwszym, gorącym komentarzu po Kopenhadze daliśmy wyraz mieszanym uczuciom wobec owej transakcji z pogranicza księgowości i polityki. Cztery miliardy złotych oczywiście podreperują naszą państwową kasę w trzech najtrudniejszych latach członkostwa w UE. Z drugiej jednak strony – całkowitym wypaczeniem unijnych idei jest okoliczność, że pomocowe środki, mające służyć cywilizacyjnemu awansowi Polski, zostaną zwyczajnie przejedzone. Z trzeciej strony – w pierwszym okresie po integracji i tak nie potrafilibyśmy ich zaabsorbować zgodnie z przeznaczeniem…

Rozbieżności w kwestii interpretacji Kopenhagi – zarówno między Warszawą a Brukselą, jak i między SLD a PSL – nie powinny nikogo dziwić. Trudno, żeby było inaczej w sytuacji, gdy do bardzo fachowych i szczegółowych ustaleń strony dochodzą niezgodnie ze sztuką organizacji, zarządzania i higieny pracy umysłowej – pod presją czasu i bez możliwości dokładnego przeanalizowania ich skutków, spisując je na przysłowiowym kolanie. Ten styl pracy polityków rażąco odbiega od standardów międzynarodowego biznesu, który kontrakty wynegocjowuje przez sztaby prawników do ostatniego przecinka. Na szczęście podobne zasady obowiązują w czystej dyplomacji – która broni się przed skażaniem jej polityką – i traktat akcesyjny na pewno zostanie przygotowany na 16 kwietnia w wersji zapisanej, uzgodnionej, przetłumaczonej, oprawionej, etc., a zebranym u stóp Akropolu przywódcom państw i rządów pozostanie jedynie podpis.

Z pamiętnego kopenhaskiego wieczoru, 13 grudnia, polska opinia publiczna pamięta głównie triumfalne oświadczenie premiera Leszka Millera: "Uzyskaliśmy dopłaty bezpośrednie dla rolników – 55 proc. w pierwszym roku, 60 proc. w drugim i 65 proc. w trzecim". Był to ogromny skrót – nie tyle myślowy, co finansowy – ale zgodnie z polityczną dyrektywą, w głównym wydaniu "Wiadomości" społeczeństwo mogło usłyszeć tylko fanfary zwycięstwa. Dopiero bardziej dyskretna wypowiedź wicepremiera i ministra finansów Grzegorza W. Kołodki precyzowała, co ustalono: "Polska uzyskała wyłącznie MOŻLIWOŚĆ zwiększenia dopłat środkami z własnego budżetu do poziomu 55,60 i 65 proc. Decyzje w tej sprawie będą podejmowane nie automatycznie, lecz w zależności od sytuacji budżetowej w danym roku. Ten miliard euro, który Unia zgodziła się przesunąć z pomocowych funduszy strukturalnych wprost do budżetu, nie musi posłużyć do uzupełnienia dopłat dla rolników".

Wygląda na to, że koalicja rządowa SLD-UP-PSL naprawdę w trybie pilnym powinna odpowiedzieć sobie na pytanie: "kim jesteśmy i dokąd zmierzamy". Jeśli sposób rozdysponowania dodatkowego miliarda euro dla rolników miałby ją rzeczywiście rozbić – to w interesie Polski leży, aby stało się to jak najszybciej.

Źródło: Puls Biznesu