Mieszanie w dopłatach

Jak dzielić unijne dopłaty dla rolników? Najprawdopodobniej w piątek zdecyduje o tym rząd. Na razie strona polska i unijna inaczej interpretują ustalenia szczytu w Kopenhadze.

W środę wieczorem trwały konsultacje w ramach rządu. Wicepremier Kalinowski nagle powrócił z urlopu, by spotkać się z szefem MSZ Włodzimierzem Cimoszewiczem i premierem. Z kolei w Brukseli obradowała specjalna grupa unijnych dyplomatów działająca przy radzie ambasadorów państw Piętnastki (tzw. COREPER) i odpowiedzialna za zredagowanie zapisów traktatu akcesyjnego (na podstawie którego wejdziemy do Unii). Decyzję o wyborze systemu dopłat rząd będzie mógł podjąć najwcześniej w piątek, bowiem dopiero w czwartek wieczorem Jan Truszczyński, były główny negocjator, dowie się, co ustalili ambasadorowie.

Czasu jest mało, bo uzgodnioną z Komisją Europejską treść projektu traktatu powinniśmy wysłać do Brukseli najpóźniej na początku przyszłego tygodnia. A sposób rozdziału dopłat powinien być zawarty w traktacie.

Przed Kopenhagą

Jak to się zaczęło? W listopadzie rząd postanowił, że będzie w Polsce dzielił dopłaty według tzw. systemu uproszczonego. Według niego: dopłaty należą się każdemu rolnikowi – niezależnie od tego, co uprawia, byle miał powyżej hektara ziemi; im zaś więcej hektarów, tym więcej pieniędzy z dopłat.

Polska zrezygnowała w ten sposób (przynajmniej na razie) z tzw. systemu pełnego, który obowiązuje obecnie we wszystkich krajach Unii. Zakłada on, że wielkość dopłat zależy od wielkości i rodzaju produkcji (pieniądze należą się tylko za kilkanaście produktów, m.in. pszenicę, bydło).

Wcześniej Polska poinformowała Unię w swoim stanowisku negocjacyjnym, że zamierza dodatkowo – ponad to, co oferowała nam Unia – dopłacać rolnikom z naszego budżetu. W odpowiedzi na nasze stanowisko 31 października 2002 r. Bruksela zastrzegła, że ta część może być przeznaczona tylko dla tych produktów, które są dotowane w Unii, a nie dla wszystkich rolników do hektara. Z naszych informacji wynikało, że rząd zamierza objąć tymi krajowymi dopłatami producentów chmielu, tytoniu i lnu.

W Kopenhadze

Co wynegocjowaliśmy na grudniowym szczycie w Kopenhadze? Dopłaty na poziomie ok. 40 proc. unijnych w pierwszych trzech latach po integracji (potem mają stopniowo rosnąć). Negocjacje uznaliśmy za udane m.in. dlatego, że do początkowo zaoferowanych nam 25 proc. Bruksela dołożyła jeszcze 15 pkt. proc., które będą przesunięte z funduszy na rozwój obszarów wiejskich. Do tego uzyskaliśmy zgodę na dołożenie jeszcze 15 proc. z budżetu krajowego.

Problem polega na tym, że grudniowy szczyt w Kopenhadze zakończył się tylko bardzo ogólną deklaracją uzgodnień, a w "Raporcie na temat rezultatów negocjacji o członkostwo Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej" – jaki przedstawił nasz rząd – nie ma ani słowa na tematy, które teraz budzą spory interpretacyjne między Piętnastką a Polską.

To, w jaki sposób rozdzielimy pieniądze, nie było tematem rozmów. W stolicy Danii negocjowaliśmy wyłącznie sumy.

Po Kopenhadze

W zeszłym tygodniu "Gazeta" dowiedziała się, że Unia inaczej interpretuje postanowienia z Kopenhagi. Do projektu traktatu wpisała zastrzeżenie, że te 15 pkt. proc. na dopłaty pochodzące z pieniędzy przeznaczonych początkowo na rozwój obszarów wiejskich też może trafić tylko do określonych producentów, a nie "do hektara". Unijne pieniądze dla rolnictwa wypłacane byłyby więc w systemie mieszanym – trochę od hektara, trochę od produkcji.

Skąd takie stanowisko Unii? Jak powiedział we wczorajszych "Sygnałach dnia" wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa, Bruksela swoje 15 proc. z obszarów wiejskich uważa za środki z krajowego budżetu, więc chce, by były one dzielone jak dopłaty krajowe – czyli do produkcji.

Z taką interpretacją nie zgadza się i szef resortu rolnictwa, a także prezes PSL Jarosław Kalinowski, i premier Leszek Miller. Premier wysyłał w tej sprawie interwencyjne listy do unijnych polityków. Dlaczego? System mieszany jest z jednej strony bardziej skomplikowany (trudniej go kontrolować, będzie większa biurokracja i wyższa liczba urzędników), z drugiej oznacza mniej pieniędzy na rolnictwo, bo nie będziemy w stanie skonsumować całych 15 proc. A to dlatego, że procedury uzyskania tych pieniędzy są znacznie bardziej skomplikowane niż przy uproszczonym systemie, więc ok. 25-30 proc. rolników w ogóle się za to nie zabierze (takie są doświadczenia unijne). Jednocześnie niektóre działy produkcji rolnej, dla których przewidziane są dopłaty w systemie pełnym, są u nas w zaniku, np. hodowla bydła mięsnego, uprawa tytoniu czy lnu. Przeciętny rolnik w systemie mieszanym dostanie mniej pieniędzy – zamiast ok. 400 zł na hektar, tylko 250 zł.

We wtorek do Brukseli pojechali minister ds. europejskich Danuta Hübner, wiceszef MSZ Jan Truszczyński i wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa. Rozmowy z dyrektorem generalnym ds. rozszerzenia Eneko Landaburu nie przyniosły jednak rozstrzygnięcia.

Jak to się skończy

W tej sprawie skazani jesteśmy na domysły, bo żaden przedstawiciel rządu nie chciał wypowiadać się pod nazwiskiem. Według jednego z ministrów – który prosił o zachowanie anonimowości – ostateczny wybór systemu płatności należy do polskich władz. Formalnie, mówi nasze źródło, mamy do wyboru cztery możliwości. Polska może:

  • oświadczyć, że wybiera pełny system dopłat (do produkcji, nie od hektara). To wariant z góry wykluczony, bo rząd już obiecał pieniądze wszystkim rolnikom;

  • całkowicie odrzucić unijne propozycje i zażądać, by całość pieniędzy przeznaczanych na rolnictwo (55, 60 i 65 proc. unijnej średniej w latach 2004-06) była wypłacana od hektara. Także ta opcja wydaje się jednak wykluczona – zarówno ze względu na opór strony unijnej, jak i wielu polskich polityków;

  • częściowo odrzucić obecną propozycję Unii i zaproponować, by od hektara rozdzielona była całość pieniędzy, jakie da nam Unia (te od początku przeznaczone na dopłaty plus środki pochodzące z przesunięcia funduszy rozwoju wsi). Tylko pieniądze z polskiego budżetu byłyby rozdzielone między producentów;

  • przyjąć obecną unijną propozycję. Wówczas 15 proc. przesunięte z unijnych funduszy rozwoju wsi oraz "dokładka" z naszego budżetu byłyby rozdzielane tylko dla producentów.

    ródło "Gazety" w rządzie zapewnia, że to polski rząd może wybrać jedną z tych wersji – i nawet jak zdecyduje się na wersję trzecią, to jest w stanie przekonać do niej stronę unijną.

     – System mieszany, proponowany przez Unię, może okazać się dla Polski atrakcyjny – powiedziała jednak "Gazecie" Danuta Hübner.

    Zdaniem zwolenników dodatkowego wsparcia dla producentów wspomoże ono przemiany na polskiej wsi, podczas gdy system uproszczony zakonserwuje stan obecny. Jeżeli tak myśli więcej członków gabinetu, to rząd może czekać spór. Wicepremier Kalinowski deklarował, że nie ma mowy o systemie mieszanym.

    Jednak – upraszczając – Polska już właściwie zgodziła się na system mieszany (nie zgłaszając zastrzeżeń do unijnego pisma z października zeszłego roku). Pytanie tylko na jaki.

    Źródło: Gazeta Wyborcza