Ustawa o ustroju rolnym: farmerzy protestują

Rządowy projekt ustawy o ustroju rolnym jest niesprawiedliwy, niezgodny z konstytucją i powinien być zmieniony – uważają właściciele największych gospodarstw rolnych.

Od 1957 r. w Polsce prywatny rolnik nie mógł być właścicielem więcej niż 50 hektarów ziemi (100 ha na terenach zachodnich i północnych, czyli poniemieckich). Ten przepis – wraz z koniecznością zdobycia uprawnień rolniczych, by nabyć lub użytkować ziemię – został zniesiony w 1990 r. Teraz kto chce, może sobie kupić dowolnej wielkości gospodarstwo bez żadnych ograniczeń.

W rezultacie tam, gdzie ziemi do sprzedania było najwięcej – czyli właśnie na północy i zachodzie kraju – na terenach dawnych PGR-ów powstały prywatne kilkusethektarowe gospodarstwa (średnia to 700-800 ha). Często takie gospodarstwa są tylko dzierżawione od Agencji Własności Skarbu Państwa przez osoby prawne (np. spółki) lub są własnością więcej niż jednej osoby (norma to trzech wspólników). Są to też zwykle najbardziej efektywne polskie gospodarstwa.

Tymczasem Sejm pracuje nad rządową ustawą, zgodnie z którą maksymalna powierzchnia gospodarstwa rolnego zostanie ograniczona do 300 ha. Dotyczyć to ma zarówno kupna ziemi jak i dzierżawy – czyli właściciel 300 hektarowego gospodarstwa nie będzie już mógł wydzierżawić ani skrawka ziemi.

Co więcej ustawa tak samo traktuje osoby fizyczne jak prawne, co w rezultacie oznacza – zdaniem właścicieli wielkoobszarowych gospodarstw – iż te ostatnie są dyskryminowane, skoro np. trzech wspólników może mieć łącznie tylko tyle ziemi ile jedna osoba. Do tego każdy ze wspólników musi spełniać takie same wymogi jak jeden właściciel – wszyscy muszą zamieszkać na terenie gospodarstwa, w którym często jest tylko jeden budynek mieszkalny itp.

W wielu krajach Unii Europejskiej kupno ziemi jest też kontrolowane przez organy administracji, ale nikt z góry nie wyklucza możliwości powiększania gospodarstw. To organy administracji decydują czy z punktu widzenia struktury rolnej jest zasadne powiększenie gospodarstw czy też nie. Zaś niektóre kraje – jak Hiszpania czy Włochy – praktycznie nie stosują żadnych ograniczeń w handlu ziemią rolną.

Zdaniem jednego z największych znawców prawa rolnego prof. Antoniego Lichorowicza z Uniwersytetu Jagielońskiego projekt ustawy nie tylko krzywdzi właścicieli i dzierżawców wielkotowarowych gospodarstwa, ale może się okazać sprzeczny z konstytucją.

 – Konstytucja gwarantuje nam wolność gospodarczą. I chociaż w konstytucji jest też zapisane, że rodzinne gospodarstwo rolne [czyli takie, które jest na tyle małe że nie wymaga zatrudniania pracowników – przyp. red.] jest podstawą naszego ustroju rolnego, to z zastrzeżeniem że nie może to naruszać właśnie zasady wolności gospodarczej – mówił na poniedziałkowym spotkaniu z Federacją Związków Pracodawów-Dzierżawców i Właścicieli Rolnych.

Członkowie Federacji uznają, że ograniczeń w kupnie i dzierżawie ziemi być nie powinno w ogóle. A jeśli już, to na pewno nie na poziomie 300 ha, ale co najmniej dwa razy wyższym. Zdaniem prezesa Federacji Mariusza Olejnika ustawa w tym kształcie jest zagrożeniem dla bytu ok. 70-100 tys. ludzi – licząc w tym dzierżawców i zatrudniony w gospodarstwach pracowników z dawnych PGR-ów.

 – Przyjęty przez Polskę system dopłat uproszczonych do hektara jest krzywdzący dla największych i najlepszych gospodarstwa, ale go akceptujemy – mówił Olejnik. – Chcielibyśmy jednak w zamian otrzymać jakieś wsparcie od rządu, np. obniżenie o połowę składki ZUS, jaką wielkotowarowe gospodarstwa płacą za swoich pracowników, pod warunkiem, że nie będą nikogo zwalniać.

Źródło: Gazeta Wyborcza