„Pakiet socjalny” zamiast inwestycji

Sądząc po toastach i triumfalnych wypowiedziach członków rządu, szczyt w Kopenhadze dla wszystkich był sukcesem: dla „15”, bo sprawnie i szybko przeprowadziła największe rozszerzenie Unii i to w dodatku niezbyt kosztownie, a dla kandydatów, bo udało im się wytargować nieco więcej niż im oferowano.

To, że niektórym, np. premierowi Luksemburga, ministrowi spraw zagranicznych Belgii i przedstawicielom części krajów kandydujących, pozostał jednak gorzki posmak z powodu niezbyt eleganckiego sposobu, w jaki negocjowali Polacy, można spokojnie zignorować. Targowanie się o każdy grosz jest na europejskich „szczytach” zjawiskiem powszechnym i – jak pokazał szczyt w Berlinie w 1999 – czasami przebiega w gorszym stylu i trwa dłużej niż w Kopenhadze. Gorzej, że owo targowanie w Kopenhadze skończyło się niemal bez efektu, co jednak potem szybko przesłoniły wystrzały korków od szampana.

Im dalej, tym mniej

Ujmując to w kategoriach czysto pieniężnych, premier Miller i jego ekipa wytargowali dokładnie 1 proc. więcej niż wynosiła propozycja duńska. Jeśli zaś za punkt wyjścia przyjmiemy kryteria ogłoszone niegdyś przez czołowych polityków rządowych, np. ministra Kalinowskiego, bilans wygląda jeszcze gorzej. W miarę postępu negocjacji środki dla Polski nieustannie malały. Jedyny wyjątek od tej reguły jest zasługą Danii, która po szczycie w Brukseli nagle, na własną rękę podwyższyła ofertę dla kandydatów o ponad miliard euro, narażając się na ostrą krytykę w innych stolicach UE.

Kiedy w roku 1999 w Berlinie szefowie rządów i państw „15” ustalali słynne „ramy budżetowe rozszerzenia”, o przyjęcie do UE ubiegało się jedynie sześć państw. Na szczycie w Helsinkach ta grupa została zwiększona do dwunastu, ale budżet się nie zmienił.

Polscy negocjatorzy uważali wtedy, że ramy berlińskie to jedynie „pewna oferta Unii do negocjacji”. W budżecie ustalonym w Berlinie nie było bowiem pieniędzy na dopłaty bezpośrednie dla rolników w krajach kandydujących. Według wszystkich kolejnych ministrów rolnictwa, byłoby to „członkostwo drugiej kategorii”, które stanowczo odrzucali. Okazało się, że i Unia uważała budżet berliński za przedmiot negocjacji, ale dlatego, że zamierzała go zmniejszyć, co też się udało. Za każdym razem, kiedy był omawiany, kurczył się jeszcze bardziej. W Berlinie przewidziano jeszcze 42,59 mld euro na rozszerzenie w latach 2004-2006. Na szczycie w Brukseli środki na rozszerzenie stopniały do 38,8 mld euro.

Dopłaci polski podatnik

Im dalej posuwały się negocjacje, tym bardziej kurczyły się też środki na rolnictwo: z 8,78 mld euro w 1999 do 8,221 mld parę dni temu w Kopenhadze. Zmiana była również jakościowa. To, co w 1999 r. było przeznaczone na rozwój wsi, teraz już niemal w całości jest przeznaczone na dopłaty bezpośrednie. Na ten cel można wydać nawet miliard euro z funduszy strukturalnych. A rząd wynegocjował zgodę na to, aby polscy podatnicy mogli (raczej musieli) dopłacać do dochodów rolników.

Wicepremier Kołodko już ostrzegał, że może na to nie być środków w budżecie, i ma rację. Uzupełnienie środków do 55 proc. unijnych dopłat będzie polski budżet kosztować w 2004 roku ok. 4,5 mld złotych. Miliard więcej niż w ostatnich latach wynosiły wszystkie środki przeznaczone w budżecie na rolnictwo.

Ale czy rząd może w Kopenhadze walczyć jak lew o prawo do podwyższenia dopłat, ogłosić wspaniałe zwycięstwo („dopłaty wyniosą 55 proc. zamiast 25 proc.”), a potem oświadczyć rolnikom, że nie zamierza im tych dopłat wypłacić? Zgadzając się na ten postulat, Unia poddała rządy krajów kandydujących olbrzymiej presji rodzimych lobby rolniczych na życzenie Polski. Aby triumfalnie ogłosić zwycięstwo po szczycie, rząd wyświadczył (a ściślej – wynegocjował) niedźwiedzią przysługę sobie i podatnikom, choć faktem jest, że po tych negocjacjach akurat rolnicy mają najmniej powodów do narzekania.

To oni są zwycięzcami negocjacji. Można nawet powiedzieć, że oni pierwsi wejdą do Unii, reszta trochę poczeka. Więcej: unijne transfery dla rolników trafią też do wielu, wielu ludzi, którzy rolnikami są jedynie na papierze, uszczuplając w ten sposób środki, które mogły czynić prawdziwych rolników bardziej konkurencyjnymi wobec farmerów z zachodniej Europy.

Trochę dla każdego

Pierwotne propozycje Unii w 1999 r. nie przewidywały żadnych dopłat. Wszystkie środki miały pójść na rozwój wsi, infrastruktury wiejskiej, tworzenie nowych miejsc pracy, rozwój usług i edukacji na wsi. Do tego dochodziły jeszcze pieniądze z funduszy strukturalnych (30 mld euro dla wszystkich nowych członków, ale dla Polski najwięcej). To był pakiet przeznaczony na szybką modernizację całej Polski, na wspieranie ściany wschodniej, rozwój infrastruktury, budowę autostrad i szybkich kolej.

Szkopuł w tym, iż szybko się okazało, że państwo jest zbyt słabe i źle zorganizowane, aby te pieniądze z Unii wydobyć. Lepiej więc domagać się dopłat bezpośrednich, które łatwiej ściągnąć. Komisja Europejska wyszła Polsce naprzeciw, proponując nawet uproszczony system dopłat, stosunkowo mało biurokratyczny i dla wszystkich, również dla małorolnych chłopów, którzy nic nie produkują na rynek.

Prawdziwe dopłaty bezpośrednie, jakie funkcjonują w Unii, wspierają konsolidację gospodarstw i konkurencyjność rolników. System ten działa jak wąż ogrodniczy: duży strumień dla największych i najlepszych. System uproszczony działa jak konewka: parę kropli dla każdego. Czy jest sens, aby taksówkarzowi, mieszkającemu na wsi, dopłacać do jego dochodu, tylko dlatego, że ma za domem hektar gruntu, na którym hoduje ziemniaki?

Gorsze rozwiązanie

Dzięki uproszczonemu systemowi dopłat wielu ludzi na wsi głosowało za przystąpieniem do UE (bo niemal każdemu coś „kapnie”), ale jednocześnie powoduje, że Polska jeszcze długo będzie importerem żywności. O co, jak domniemywam, chodziło również rolnikom „15”.

Negocjatorzy słusznie wskazują, że gdyby wybrano system unijny, a potem nie zdążono z uruchomieniem w terminie systemu IACS, oznaczałoby to ryzyko, iż środki na dopłaty nie byłyby wypłacane w terminie. To prawda. Ale wniosek z tego jest smutny. Z powodu nieudolności administracji Polska musiała optować za gorszym rozwiązaniem. Nie po raz pierwszy, zresztą. Wątek ten pojawiał się często w czasie negocjacji, wedle zasady: nieważnie na co i jak wydamy unijne pieniądze, ważne, aby ich było dużo.

W ten sposób, w miarę postępu negocjacji, nie tylko środki z UE nieustannie się zmniejszały, ale i „program na modernizację Polski” przekształcił się w „pakiet pomocy socjalnej dla rolników” kosztem inwestycji, które służyłyby wszystkim.

Źródło: Rzeczpospolita