Co się zmieni w polskim rolnictwie po wejściu do UE?

Uzyskaliśmy od Unii Europejskiej więcej, niż można było sądzić jeszcze miesiąc temu. Ale zbyt mało by część naszych rolników nie przeżyła przykrego szoku po otwarciu granic w maju 2004 roku.

Wynik negocjacji z UE nie zapewni rolnikom deszczu unijnych pieniędzy. Tak naprawdę to z za pisanych na pierwsze trzy lata ponad 20 mld euro na rolnictwo i obszary wiejskie pewne jest tylko ok. 5 mld, jakie pójdą na dopłaty bezpośrednie. Te pieniądze wykorzystamy, chociaż też nie w całości. W Unii ok. 25 proc. rolników z różnych powodów – lenistwa, niezaradności, zbyt małej produkcji (w naszym przypadku – byt małej powierzchni gospodarstwa) nie wypełnia kwitów i nie stara się w ogóle o dopłaty. Ekonomiści zakładają, że ten procent będzie u nas podobny.

Ale już wykorzystanie pozostałych pieniędzy, tych brakujących 15 mld euro, zależeć będzie tylko od samych rolników i samorządów wiejskich – ich zaradności, inicjatywy, zdolności przystosowywania się do nowej sytuacji. Unia daje tylko szansę, ofertę – można z niej skorzystać lub nie.

Przed rolnikami są teraz tylko dwie możliwości:

 – dzięki dodatkowym pieniądzom z Unii i nowym możliwościom modernizować swoje gospodarstwa, by sprostać zachodnim konkurentom;

 – szukać dla siebie miejsca w produkowaniu towarów niszowych; regionalnych.

Aby to zrealizować, rolnicy muszą być dobrze przygotowani, muszą wiedzieć, w jaki sposób sięgać po unijne pienią dze, muszą przełamać swoją tradycyjną niechęć do urzędów, formularzy, składania zobowiązań. To będzie proces powolny, więc na cudowne przeobrażenia na wsi w 2004 czy 2005 r. nie ma co liczyć. Wiadomo, że rolnicy najchętniej sięgają po wzorce znane z najbliższego otoczenia – najpierw musi jeden odważny w gminie wystąpić o pieniądze, jakie Unia daje na tereny tzw. trudne, a potem znajdą się naśladowcy.

Udało się Polsce wynegocjować pieniądze dla rolników tzw. niskotowarowych, których zresztą jest u nas większość. Chodzi o gospodarstwa, które nie produkują na rynek, lecz tylko na samozaopatrzenie. Otóż jeśli taki rolnik złoży dość prosty biznesplan, w jaki sposób przerobić to jego gospodarstwo, by dawało dochody, to dostanie na ten cel rocznie po 1250 euro, czyli ok. 5 tys. zł. Może pobierać te pieniądze przez pięć lat.

Będą też pieniądze na podnoszenie warunków sanitarnych czy weterynaryjnych w gospodarstwie (to już dotyczy wszystkich) – 200 euro na każdy hektar rocznie przez trzy lata.

Dla gospodarstw położonych na terenach trudnych (tak się składa, że nasi negocjatorzy uznali, że ponad połowa Polski ma takie warunki) Unia też daje pieniądze. Ile dokładnie – nie wiadomo. Tu negocjacje jeszcze przed nami, mamy na to rok. Ale strona Polska chce od 40 do 6~ euro na każdy hektar, co nie jest sumą wygórowaną w porównaniu z tym, co Unia dziś daje na ten cel swoim rolnikom. To dostaną gminy, czyli wszyscy rolnicy, których ziemie leżą na terenach gmin uznanych za trudne. A są trudne, bo np. leżą na pogórzu, są podmokłe, są suche, często zalewane, bardzo słabe itd.

Już wiadomo dokładnie, że wraz z tym, co ma dołożyć krajowy budżet, na jeden hektar użytków rolnych w 2004 r. wypadnie po 300 zł, w 2005 – po 350 zł, a 2006 – po 400 zł, czyli średnio po 350 zł na hektar rocznie. Dopłaty rolnicy mają otrzymywać zawsze w listopadzie kończącego się roku. Dostanie każdy, kto ma ponad jeden hektar użytków. Nie dostaną ich właściciele działek rekreacyjnych. Tereny muszą być rolnicze i utrzymane w tzw. dobrej kulturze rolnej, czyli nie będzie dopłat do ugorów. Dopłata ma przysługiwać do każdego faktycznego hektara powierzchni, a nie do tzw. hektara przeliczeniowego – klasa ziemi nie ma tu znaczenia.

Nie jest wcale pewne, czy rząd nie wprowadzi górnej granicy powierzchni, do jakich będą dopłaty. Byłoby to o tyle logiczne, że zaledwie przed tygodniem rząd przedstawił w Sejmie swój projekt ustawy, która ogranicza do maksimum 300 ha powierzchnię gospodarstwa, jakie rolnik może sobie kupić. Wiadomo też, że Unia daje dopłaty swoim rolnikom tylko do pewnej wielkości produkcji, w myśl zasady, że dopłaty mają wspierać dochody rolników, a nie zasilać kieszenie latyfundystów. A są u nas już dziś rolnicy, którzy mają nawet po kilka tysięcy hektarów. Łatwo policzyć, że do tysiąca hektarów taka dopłata oznacza 350 tys. zł.

Ten uproszczony system liczenia dopłat mamy zagwarantowany na pięć lat. Po pierwszych trzech latach dopłaty mają rosnąć o 5 proc. rocznie (z budżetu Unii) i o 10 proc. (z krajowego budżetu, jeśli budżet to wytrzyma). Do pełnych 100 proc. możemy więc dojść wcześniej niż zakładane dziesięć lat. Nie chodzi zresztą 100 proc., lecz o zrównanie dopłat z unijnymi. I tu może być niespodzianka. Zgodnie z reformą Wspólnej Polityki Rolnej zaproponowaną przez komisarza Franza Fischlera Unia ma powoli redukować swoje dopłaty, tak by w 2010 r. były one na poziomie 80 proc. obecnych. A jednocześnie Unia zamierza przejść na system uproszczony, bo taki nie faworyzuje wielkich, nowoczesnych gospodarstw, w których jest bardzo intensywna produkcja, często kosztem ochrony środowiska i zdrowia. ! A teraz zastanówmy się, co się zmieni dla naszych producentów mięsa, mleka, cukru, owoców…

Cukier

Po integracji ceny żywności w Polsce wzrosną prawdopodobnie o blisko 12-15 proc.; bo w Unii na wiele produktów ceny są dekretowane (dawniej u nas nazywano je urzędowymi, czyli ustalanymi odgórnie przez rząd). A więc 1 maja 2004 r: okaże się, że cukier w sklepie będzie kosztował 2,7 zł za kg (dziś dokładnie o połowę taniej) – ta cena już dziś jest znana. Dla rolników uprawiających buraki cukrowe oznacza to, że w 2004 r. za tonę buraków dostaną od cukrowni 180 zł; za miast jak dziś 126 zł. Dotyczy to tylko tzw. kwoty A, czyli buraków i cukru na rynek krajowy. Cukier kwoty B, czyli z dopłatami na eksport, i kwoty C – na eksport, ale bez dopłat – będzie oczywiście tańszy. Ale ponieważ udało się wynegocjować wysoką kwotę A, to ona zadecyduje o opłacalności tej produkcji. Nie ulega wątpliwości, że po integracji dochody plantatorów buraków cukrowych zdecydowanie wzrosną.

Mleko

Mleko zdrożeje – dziś mleczarnie płacą za litr mleka klasy ekstra poniżej 1 zł. W Unii cena wynosi od 30 do 33 centów, czyli w Polsce cena skoczy do 1,3 zł za litr. Co więcej, w Unii rolnicy handlują między sobą kwotami mlecznymi. To znaczy, że przyznana nam przez Unię kwota mleczna zostanie podzielona między mleczarnie, a te podzielą ją między swoich dostawców mleka, czyli rolników. I jeśli rolnik zechce zrezygnować z części lub całości produkcji, to może sprzedać przyznaną mu kwotę. Cena jest już znana – po 3 zł za litr mleka. Dobra krowa daje rocznie 6-7 tys. litrów, co oznacza, że rolnik, sprzedając taką krowę za jej wartość użytkową; czyli za blisko 5 tys. zł, może jeszcze dostać ok. 20 tys. za jej kwotę mleczną.

Negocjatorom udało się wywalczyć kwotę sprzedaży i przerobu mleka w naszych mleczarniach znacznie wyższą od naszych obecnych możliwości – w tym roku przerobimy ok. 7,4 mln ton, a dostaliśmy zgodę na 8,5 mln. Do tego jeszcze mamy ponad 400 tys. ton tzw. rezerwy restrukturyzacyjnej. Razem prawie 9 mln ton. W rzeczywistości będzie to jeszcze więcej, bo Unia liczy tylko mleko klasy ekstra, innego mleczarnie na rynek unijny nie będą miały prawa wpuszczać. Ale takie restrykcyjne podejście wyjdzie też na korzyść samym rolnikom (o konsumentach nie. wspomnę). Nie ma chyba w Polsce dostawcy mleka, który by nie uważał, że chociaż raz został przez mleczarnię oszukany – dostarczył, jak zawsze, doskonałe mleko, a w mleczarni dopatrzyli się większej liczby bakterii albo czegoś innego i cenę obniżyli. Teraz albo mleczarnia kupi mleko ekstra, albo go nie kupi wcale, bo innego mieć nie może.

Skończą się sztuczki z różnymi klasami mleka. Te prawie 9 mln ton mleka to wielkość, której osiągnięcie będzie możliwe za osiem-dziesięć lat. Nasi mleczarze mogą naprawdę odetchnąć – mają zapewnione wiele 1at rozwoju. A na ile dobre limity wywalczyliśmy, będziemy mogli się wkrótce przekonać. Unia zapowiedziała już reformę mleczarstwa, która ma polegać na wycofaniu się z limitowania produkcji i obniżeniu cen mleka. Można się spodziewać, że Polska jako nowy członek Unii będzie obok Francji najgłośniej przeciwko takiej reformie protestować.

Zboża

Ewidentnie przy ustalonych dopłatach stracą nasi producenci zbóż. Stracą niezależnie od tego, czy rząd zastosuje system dopłat do hektara, czy do produkcji, bo, niestety, nie udało się wynegocjować wyższego plonu referencyjnego. Unia uznała, że nasi rolnicy zbierają po trzy tony z hektara. Tymczasem wcale nie rekordziści, lecz po prostu dobrzy rolnicy specjalizujący się w produkcji zbóż, często właśnie posiadający po kilkaset hektarów, zbierają z hektara po pięć-sześć ton pszenicy. W tym roku cena zbóż była bardzo zbliżona do unijnej (4~.0 zł za tonę, a w Unii równowartość 410 zł), ale rząd dopłacał rolnikom z budżetu krajowego (po ok.120 zł do tony). Od 2004 r. nasi zbożowcy wejdą już w nowy system.

Powiedzmy, że rolnik ma 5 ha pszenicy. Dopłaty dostanie tylko do powierzchni – po 300 zł w pierwszym roku, czyli 1500 zł. To oznacza, że faktycznie przy plonie 5 ton z 1 ha dopłata do tony wyniosła 60 zł. Tymczasem rolnik francuski czy niemiecki dostanie w 2004 r. 63 euro do tony, czyli ok. 250 zł (liczy się plon referencyjny na ok. 6 ton z ha), lub – inaczej licząc -1500 zł do hektara. I nie chodzi o różnicę w zamożności – że francuski farmer będzie bogatszy – tylko o to, że cena zboża będzie w powiększonej Unii taka sama. Nasi rolnicy będą więc musieli sprzedawać zboże z mniejszym zyskiem niż obecnie. Dramat będzie wtedy, gdy Unia zgodnie z zapowiedziami od 2005 r. obniży cenę zbóż, a podwyższy dopłaty do plonu referencyjnego.

Zmienia się sposób interwencji: w Polsce do tej pory zboże z dopłatami skupowano od lipca do listopada, w Unii jest dokładnie odwrotnie – skup interwencyjny zaczyna się w listopadzie, jeśli do tego czasu rynek nie zdoła sam wchłonąć plonów. To dla naszych rolników przyzwyczajonych od paru lat do zupełnie innych mechanizmów może być szokiem. Ale za to już przed żniwami rolnicy powinni (bo tak to działa w Unii) wiedzieć, komu, za ile i kiedy sprzedadzą ziarno.

Wieprzowina

Teoretycznie dla hodowców świń wynegocjowane warunki nie mają wielkiego znaczenia, to jest produkcja, której się w Unii nie dotuje. Hodowcy dostaną więc, jak wszyscy, dopłaty do hektara, które będą po prostu dodatkowym dochodem. Tak naprawdę jednak sytuacja się zmieni – i to zasadniczo – na plus. W Polsce bowiem opłacalnością tej produkcji rządzą tzw. cykle świńskie – jak jest górka podażowo, to ceny spadają na łeb, na szyję i rolnicy rozpaczają,, a potem jest dołek, ceny idą w górę i na świniach zarabia się fantastycznie. Raz za kilogram żywej sztuki rolnik dostaje 4,5 zł, a po roku nie sprzeda nawet po 3 zł. Otóż to się skończy, huśtawka cen wywołana jest przez niestabilne ceny pasz, czyli zbóż.

Teraz ceny pasz niewiele będą się zmieniać. Rolnik będzie miał więc niższe koszty produkcji. Do tego, ponieważ robocizna jest tańsza w Polsce; nasze świnie będą naprawdę konkurencyjne. Co więcej, polskie kiełbasy mają szansę wejść na rynek zachodni, bo są smaczne i na tle unijnych mało nafaszerowane chemią: To jest oczywiście teoria – bez promocji, ostrej kampanii reklamowej, bez zabezpieczenia receptur dla polskiej suchej krakowskiej czy kabanosów, Unii nie podbijemy. Podobnie jest z produkcją drobiarską – rynek się ustabilizuje, a rolnikom będzie łatwiej coś planować, bo będą znali z wyprzedzeniem ceny zbytu.

Warzywa i owoce

To samo co ze świniami – teoretycznie zero korzyści, w praktyce bardzo duże. Zawsze gdy poprawia się ogólna sytuacja w rolnictwie, a z takim właśnie zjawiskiem będziemy mieli do czynienia, to najbardziej na tym korzystają gospodarstwa specjalistyczne, np. sadownicze czy warzywnicze. Mają one dość niskie w porównaniu z Unią koszty produkcji, są na ogół niewielkie, mało energochłonne, a głównym dla nich ograniczeniem są obecnie kwoty eksportowe, czyli blokada graniczna ustanowiona przez Unię. Wiadomo, że nasi plantatorzy porzeczek, truskawek czy malin tylko czekają, aż Unia otworzy granice, zniesie limity i ograniczenia cenowe, a ceny wzrosną także u nas.

Wołowina

Tu zmieni się niewiele. I to nie dlatego, że wynegocjowaliśmy złe warunki albo dlatego, że hodowców bydła krzywdzi proponowany uproszczony system dopłat. Przyczyną jest to, że praktycznie takich hodowców w Polsce nie ma. Unia hodowcom bydła mięsnego sporo dopłaca, wysokie też są ceny mięsa, bo wołowina jest na Zachodzie popularna. U nas zawsze była w lekkiej pogardzie, więc chociaż niektórzy rolnicy, m.in. licząc na unijne dopłaty i wzrost cen mięsa, zainwestowali w rasy mięsne, szybko się z hodowli wycofali, bo nie było chętnych na dobrą, kulinarną, ale droższą wołowinę. Teraz jest tak, że ci, którzy mają nawet byle jakie bydło, dostaną dopłaty do hektara jak wszyscy, a cena wołowiny pójdzie w górę, by zbliżyć się do unijnej. Ale przy uproszczonym systemie dopłat może być to zbyt mała zachęta dla rolników, by inwestowali w rozwój hodowli bydła. Można sądzić, że polskich konsumentów wołowiny przejmą farmerzy unijni.

To prawda, że nasze oczekiwania wobec Unii były bardzo duże. Jak powiedziała prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz, nie chcieliśmy wiele, ale nie mniej niż wszystko”. I prawdą jest, że prowadziliśmy te negocjacje z pozycji siły nie zawsze zasadnej. Nie bez przyczyny komisarz Fischler, witając się z wiceministrem Jerzym Plewą, naszym specjalistą od negocjacji rolnych, spytał go żartobliwie: -To kiedy przyłączycie do siebie Unię? Popełniliśmy sporo błędów, ale teraz dla naszych rolników ważne jest, że te wynegocjowane warunki zapewnią większości wzrost dochodów: Te dochody od kilku lat im spadają, w tym roku o kolejne 10 proc. w stosunku do poprzedniego. Warto to zapamiętać i przypomnieć sobie np. w 2006 roku.

Źródło: Gazeta Wyborcza