Finansowe warunki akcesji nie są wcale tak dobre

Negocjacje skończone. Ale dyskusja o finansowych warunkach przystąpienia Polski do Unii Europejskiej jest jeszcze przed nami. Bez względu na jej wynik, w żadnym wypadku nie może stanowić argumentu rozstrzygającego w referendum akcesyjnym. Nie może, bo członkostwo w Unii to oczywiście nie tylko pieniądze. Odpowiedź na pytanie, czy warunki finansowe są korzystne czy niekorzystne dla Polski, paść powinna, ponieważ jest ważna dla rokowań polskiej gospodarki już w ramach wspólnego rynku.

Ocena ostatecznych warunków finansowych członkostwa wynegocjowanych w Kopenhadze nie jest przy tym wcale łatwa. Na szali położyć bowiem trzeba dwa różne rodzaje argumentów.

Po pierwsze – trzeba sobie zdać sprawę, że są różne pieniądze unijne: jedne mają bezpośrednio wspomagać producentów i łagodzić napięcia w finansach publicznych; inne – mają wspomagać zmiany strukturalne zmierzające do podniesienia konkurencyjności gospodarki.

Po drugie – nie wolno zapominać, że zwiększenie puli środków na finansowanie bieżącej konsumpcji radykalnie redukuje szanse wykorzystania funduszy unijnych w charakterze lewara przy sanacji finansów publicznych i modernizacji gospodarki.

Polityczny koniunkturalizm

Pieniądze unijne są więc „nieznaczone” lub „znaczone”. Miarą sukcesu negocjacji może więc być udane sięgnięcie po więcej tych łatwiejszych do ugryzienia pieniędzy nieznaczonych, które trafiają do wybranej grupy (rolników) lub zasilają pośrednio wszystkich beneficjentów budżetu. Miarą niepowodzeń może być jednak równie dobrze to, że zwiększenie puli konsumpcyjnej oznacza uszczuplenie puli inwestycyjnej w funduszach strukturalnych, procentującej podniesieniem konkurencyjności gospodarki.

W ten sposób mamy więc na szali z jednej strony zadowolenie (w zasadzie trzeba by chyba powiedzieć – mniejsze niezadowolenie) wpływowego lobby rolnego i zainteresowanego domknięciem budżetu ministra finansów, z drugiej – dojrzewające w okresie wielu lat owoce reform strukturalnych. Za sprawą krótkowzroczności, podlegania prawom cyklu politycznego, a także – co zrozumiałe – kierując się chęcią wygrania referendum zatwierdzającego wynik negocjacji, rząd wykazywać będzie skłonność do akcentowania wagi tego pierwszego czynnika. Nie znaczy to jednak, że „załatwienie” dodatkowych pieniędzy na konsumpcję zasługuje w każdych warunkach na najwyższą notę. Wniknięcie w szczegóły warunków finansowych akcesji skłania do podniesienia kilku fundamentalnych wątpliwości.

„Stare” pieniądze

Zgoda Unii na podwyższenie dopłat bezpośrednich, finansowanych z naszego budżetu, jest co prawda zgodna z postulowanym kierunkiem reformy Wspólnej Polityki Rolnej, tym niemniej utrudnia nam sanację finansów publicznych, otwiera pole do konfliktów politycznych wewnątrz koalicji i przy uproszczonym systemie wykorzystania dopłat petryfikuje strukturę agrarną polskiej wsi. Stoi to w jaskrawej sprzeczności zarówno z postulatem restrukturyzacji strony wydatkowej budżetu, jak również – szerzej – modernizacji gospodarki. Ta zgoda nie kosztowała strony unijnej żadnych dodatkowych pieniędzy. Unia pośrednio przyzwoliła jedynie na wzrost napięcia politycznego w koalicji i wypieranie w naszych budżetach jednych wydatków sztywnych (fundusze socjalne) na rzecz innych (rolnictwo), przez co skala trudności z racjonalizacją budżetu wcale się nie zmniejszy. Będzie to inna skala. To wszystko.

Nieco inaczej, jeśli chodzi o koszty dla Unii, mają się sprawy z rekompensatami dla naszego budżetu na lata 2005-2006. To nie są całkiem „nowe” pieniądze. Są to pieniądze „odnalezione”, zgubione wcześniej gdzieś po drodze z planu finansowego ujętego jeszcze w tzw. agendzie berlińskiej.

Z opublikowanych po szczycie w Kopenhadze dokumentów wynika, że wsparcie budżetów wszystkich 10 krajów kandydujących będzie rozkładać się w sposób przedstawiony na wykresie.

Z tych środków Polsce ma przypaść miliard euro. Pieniądze wspierające polski budżet pochodzić mają z funduszy strukturalnych, które powinny być wypłacane po roku 2007. Czyli jest to również przesunięcie i przyspieszenie finansowania konsumpcji bieżącej pieniędzmi nieznakowanymi, co – jak już wspomniałem – trudno ocenić pozytywnie.

Finansowanie ma dodatkowo dość ciekawy charakter, bo ten miliard w rzeczywistości nie oznacza wcale miliarda. Oferta opiewająca na miliard kosztuje Unię ok. 450 mln euro żywego pieniądza wypłaconego Polsce w roku 2005, co będzie można prawdopodobnie zaliczyć do przychodów budżetu w roku objętym już naszą pełną składką członkowską. Inaczej mają się już sprawy z 550 mln euro ulgi dla polskiego budżetu w roku 2006, które mają być „zaoszczędzone” z tytułu zwolnienia nas z współfinansowania funduszy strukturalnych na tę właśnie kwotę. W roku 2005 pieniądze unijne mają więc pomóc w domknięciu budżetu. W roku 2006 – w niczym już nie pomogą, skoro rząd zamierza zezwolić na wpisywanie kredytów zagranicznych zaciąganych na potrzeby współfinansowania „pod kreskę”, czyli poza limitem wydatków budżetu.

W obu tych latach sens wsparcia polskiego budżetu sprowadza się więc do zmniejszenia presji na redukcję wydatków i wygospodarowanie środków na współfinansowanie zagospodarowania funduszy strukturalnych. Trudno to pogodzić z chęcią wykorzystania funduszy unijnych do wspomożenia restrukturyzacji polskich finansów publicznych. Taki zamiar był deklarowany przez poprzedniego ministra finansów w rządzie Leszka Millera i popierany przez przedstawicieli Komisji Europejskiej.

Kierunek na „przejadanie”

Obawiam się, że warunki finansowe akcesji nie są zbyt korzystne dla Polski. Ale wcale nie dlatego, że Unia okazała się szczególnie skąpa. Takie głosy będą oczywiście dominowały wśród niezadowolonych ze zbyt małego wsparcia naszego budżetu „łatwymi” pieniędzmi. Tymczasem jest wręcz odwrotnie: dostaliśmy więcej „łatwych, a mniej „trudnych” pieniędzy. Taki kierunek wykorzystania środków unijnych powinien nas niepokoić. Jest to, umownie rzecz ujmując, kierunek grecki, niezbyt obiecujący, bo zorientowany na „przejadanie”. I trzeba powiedzieć jasno, że w tej akurat kwestii inicjatywa leżała całkowicie po naszej stronie. Unia zaakceptowała nasz wybór z uwagi na niewielkie koszty dla swego bieżącego budżetu. Bardzo to krótkowzroczne postępowanie. Z naszej i ich strony. Jest się więc nad czym zastanawiać.

Źródło: Rzeczpospolita