Rolników nie można pominąć

Rolnictwo nie jest zmarginalizowane – jak czasem głoszą nasi euroentuzjaści widzący w nim tylko barierę, która przeszkadza w szybkim i bezkonfliktowym zamknięciu negocjacji. Nie jest i jeszcze długo nie będzie.

W jednym Konrad Niklewicz (wtorkowy artykuł „Unia europejska, nie rolnicza”) ma rację – do Unii Europejskiej wejść powinniśmy, nie ma tu alternatywy. Nie ma alternatywy, bo plusy przeważają nad minusami, zwłaszcza gdy spojrzymy na integrację w dłuższej perspektywie. Przede wszystkim chodzi o korzyści ekonomiczne.

Możemy oczywiście zostawić wszystko po staremu, w referendum powiedzieć „nie” i odsunąć datę wejścia do Unii o następne cztery lata lub o jeszcze następne, i niebo się nam na głowę nie zawali. Tyle tylko, że w ten sposób odrzucimy niepowtarzalną szansę na gwałtowne przyspieszenie rozwoju naszego kraju.

Powiem więcej: nawet jeśli nasz rząd poniesie klęskę w negocjacjach rolnych i nie zdołamy zapewnić polskim rolnikom takich warunków, by mogli stanąć do uczciwej konkurencji z farmerami unijnymi, to i tak wejść do Unii powinniśmy. Bo w ostatecznym rachunku rolnictwo nasze na tym zyska. Tylko że zyska znacznie mniej, niż mogłoby przy korzystnych warunkach. Zdecydowanie wolniej będzie się unowocześniać i znacznie więcej będzie ofiar tego procesu.

I gdyby na tym Niklewicz poprzestał, nie byłoby mojego tekstu. Jednak nie poprzestał. Bowiem postawił sobie kuriozalny cel: zachęcić mieszkańców miast do przegłosowania chłopów w referendum, nawet jeśli rządowi nic się nie uda już od Unii wytargować dla rolnictwa. Bo wejście do Unii – jak pisze – oznacza głównie dla mieszkańców miast setki, tysiące nowych miejsc pracy. I przedstawia kilka faktów, które mają poprzeć jego pomysł, a które są mylące lub co najmniej nieudokumentowane.

Rolników przegłosować trzeba, bo zdaniem autora są co prawda liczącą się grupą społeczną, ale nie najważniejszą. Zgoda. Nie ma grup ważniejszych od innych, ale nie ma też grup mniej ważnych. A przytaczając dane GUS, właśnie to mniejsze znaczenie nadaje rolnikom Niklewicz. Bowiem według danych GUS nasz eksport produktów pochodzenia rolniczego stanowi tylko 8,3 proc. całości polskiego eksportu. A eksport maszyn i urządzeń, sprzętu elektrycznego i elektronicznego, sprzętu transportowego – aż 34,6 proc. Te dwie wartości autor przytacza i apeluje: „Postawmy sprawę uczciwie”. Rozumiem, że ludzie pracujący w fabryce kabli są dostatecznie ważni i przy referendum należy liczyć się z ich oceną wynegocjowanych warunków.

Otóż takie stawianie sprawy nie jest uczciwe. Nie ocenia się żadnej grupy społecznej, a już szczególnie tak licznej i skomplikowanej jak rolnicy, na podstawie jednej liczby z rocznika statystycznego. Większość ekonomistów i socjologów na pytanie o znaczenie rolnictwa dla naszego kraju nie potrafi odpowiedzieć – jest to dla nich zagadką. Zbyt liczna i zróżnicowana grupa jest związana z rolnictwem. Według prof. Jerzego Wilkina aż 40 proc. naszego społeczeństwa ma związek ze wsią – posiadamy gospodarstwa rolne, hektarowe działki, członkowie naszych rodzin zajmują się uprawą ziemi. Więzi ze wsią są rozmaite i ich znaczenie dla poszczególnych osób jest też różne, rozłożone na wiele obszarów. Jednak jedno jest pewne – rolnictwo nie jest zmarginalizowane, jak czasem głoszą nasi euroentuzjaści widzący w nim tylko barierę, która przeszkadza w szybkim i bezkonfliktowym zamknięciu negocjacji. Nie jest i jeszcze długo nie będzie.

Konrad Niklewicz pisze, że jeśli teraz nie wsiądziemy do unijnego pociągu, to możemy spodziewać się „koszmarnych czterech lat, w czasie których nastąpi ucieczka inwestorów zagranicznych, którzy już są w Polsce obecni”.

Rozmawiałam z wieloma ekonomistami i każdy ze zdumieniem wysłuchiwał tych proroctw. Zgoda, jeśli do Unii nie wejdziemy, to napływ zagranicznych kapitałów będzie wolniejszy, niż gdybyśmy do niej weszli, ale nie ulegnie całkowitemu zahamowaniu ani tym bardziej nikt nie będzie z naszego rynku uciekał. Owszem, możemy się liczyć z odpływem inwestorów zagranicznych, jeśli minister finansów wymyśli dla nich większe podatki, jeśli utrudnimy im życie absurdalnymi przepisami lub jeśli Sejm i samorządy zostaną opanowane przez skrajne partie nielubiące „obcych”. To może wystraszyć zachodnich inwestorów, a nie przesunięcie daty naszego wejścia do Unii.

Nie jest też prawdą, że jeśli do Unii teraz nie wejdziemy, to „ograniczymy nasze rolnictwo do polskiego rynku, co skaże je na wegetację”. Po pierwsze, wszystko zależy od tego, jakie – i czy w ogóle – Unia wprowadzi restrykcje w handlu z nami. Ograniczenia celne już są bardzo małe. Można się spodziewać, że Unia ich nie zwiększy. Przede wszystkim dlatego, że na otwarciu granic zyskuje głównie Unia, bo to ona, a nie my, jest eksporterem netto żywności. Cła, jakie jeszcze istnieją, utrzymujemy z naszej inicjatywy.

Poza tym Unia nie jest mściwa, czego dowiodła, gdy inne kraje, np. Dania i Norwegia, odrzuciły jej ofertę. Dania przesuwała wejście do Unii, gdy nie podobały jej się wynegocjowane warunki, aż do czasu, gdy udało jej się uzyskać lepsze. Norwegowie powiedzieli „nie” w referendum. I mimo to Norwegia zachowała uprzywilejowaną pozycję w handlu z Unią.

Jeżeli zaś mimo wszystko handel zostanie ograniczony, to konsumenci na tym stracą, ale rolnicy zyskają – teraz najbardziej gnębią ich kłopoty ze zbytem, co sprawia, że obniżają ceny, a wraz z tym spadają ich dochody. Ponieważ dochody spadają im od dziesięciu lat, to coraz mniej inwestują w rozwój gospodarstw. Paradoksalnie, ograniczenie handlu z Unią poprawi byt rolników w stosunku do tego, co jest teraz.

Nie wszyscy rolnicy stracą (na integracji, jeśli nie uda się polepszyć oferty Unii) – pisze Niklewicz. I podbija tę tezę przykładem chłopa, który gospodaruje na 20 ha – „już w pierwszym roku dostanie ok. 600 euro dopłaty bezpośredniej”. Czyli blisko 2,4 tys. zł.

Bardzo przyjemnie jest coś dostać, nawet 2,4 tys. zł, ale jeśli przytacza się zyski, to zawsze trzeba spojrzeć na koszty. Bo 2,4 tys. zł na pewno zyska tylko ten chłop, który swojej ziemi w ogóle nie uprawia, a dochody czerpie z działalności pozarolniczej. Jeśli jednak uprawia, to trzeba policzyć, jak zmienią się dochody jego gospodarstwa po zmianach cen skupu, które nastąpią po integracji. Śmiem twierdzić, że dla zdecydowanej większości rolników produkujących na rynek straty w pierwszych latach będą większe niż zyski z unijnych dopłat.

To prawda, możemy przyjąć, że żaden kraj nie stracił na wejściu do Unii. Jak twierdzi prof. Lena Kolarska-Bobińska, właśnie to przekonanie – że ostatecznie nikt nie stracił – sprawia, iż nawet Polacy, którzy mają wiele zastrzeżeń do naszego członkostwa w Unii, są skłonni je poprzeć w referendum. Jednak trzeba pamiętać, że żaden kraj nie był dotychczas w sytuacji podobnej do naszej.

Po raz pierwszy Unia przeprowadza poszerzenie na tak wielką skalę. I co gorsza, wyraźnie nie jest do tego przygotowana. Zakładano przecież, że wejdzie tylko sześciu członków, a wchodzi dziesięciu. Jeśli Piętnastka przyjmuje Dziesiątkę, to należało przeprowadzić reformę strukturalną – tego nie zrobiono. Unia postanowiła też nie wkładać zbyt dużego wysiłku finansowego i to jest główną przyczyną kłopotów naszych negocjatorów.

Polska – jeśli chodzi o rolnictwo – jest w wyjątkowo trudnej sytuacji. Tak naprawdę mamy dwa rolnictwa – produkcyjne i wegetujące – więc powinniśmy negocjować dwa osobne pakiety. Negocjujemy jeden, co musi się skończyć kłopotami.

Na dodatek w rozmowach z Brukselą musimy operować wizją przyszłości – już teraz nasi negocjatorzy zakładają, że wejście do Unii sprawi, iż w Polsce gospodarka ruszy z kopyta i wzrośnie zamożność obywateli, a zatem zmieni się struktura spożycia. Muszą więc walczyć o model produkcji, jaki będzie u nas za pięć czy dziesięć lat. – Nie popełniajcie naszego błędu – mówią Włosi, którzy pod wpływem uroku urzędników z Brukseli zgodzili się na produkcję mleka na poziomie z lat przed wejściem do Unii, a teraz muszą je importować, bo włoscy obywatele spożywają więcej mleka i wyrobów mleczarskich, niż przewidziano. Tak się w tej trudnej sprawie składa, że żywność dotyczy nas wszystkich – albo ją produkujemy, albo konsumujemy.

Koronnym argumentem za integracją są ogromne fundusze unijne, za które rozwiniemy naszą infrastrukturę. To nie pożyczka, Unia nam je daje za darmo – podkreśla Niklewicz.

Prawda. Uczciwość nakazuje jednak wspomnieć przy okazji, że – po pierwsze – stopień ich wykorzystania zależeć będzie m.in. od tego, ile nasz budżet dołoży do tych inwestycji. Taki jest warunek Unii, że musimy je współfinansować. A to oraz skomplikowane procedury sprawi, że zwłaszcza w pierwszych latach zdołamy skonsumować tylko część. Jaką? To zagadka. Optymiści liczą na 15 proc. w pierwszym roku. Warto pamiętać, że Grecji nie udało się w pierwszym roku nic skubnąć. Nam powinno pójść lepiej, bo korzystać z funduszy unijnych nauczyliśmy się trochę przez ostatnie lata.

A na marginesie – szokuje nieco zestawienie ze sobą być albo nie być rolników z obwodnicą dla Warszawy, która zlikwiduje korki w centrum. Dla mnie – osoby, która codziennie przez to centrum przemieszcza się z domu do pracy i z powrotem – budowa obwodnicy jest marzeniem. Nie sądziłam jednak, że przeczytam w „Gazecie” argument odwołujący się do mojego egoizmu.

Niklewicz pisze, że „obrońcy” (cudzysłów pochodzi od autora) polskiej wsi często posługują się argumentem, że każdy rolnik utrzymuje pięć osób w przemyśle przetwórczym, więc właśnie dlatego o interes chłopa bić się trzeba. I znowu w oparciu o dane GUS udowadnia absurd tej tezy – skoro w rolnictwie pracuje 27,7 proc. zawodowo czynnej ludności, znaczyłoby to, że w przemyśle okołorolniczym pracuje ponad 21 mln osób.

Cóż, jeśli się chce bić na argumenty, trzeba się nieco lepiej przygotować. Zacznijmy od tego, że tylko GUS, który opiera się na starej metodzie liczenia, podaje liczbę 27,7 proc. Nie znam żadnej osoby, która zajmuje się problematyką rolną, poczynając od dziennikarzy, która by te dane traktowała serio. Ekonomiści i socjolodzy dzielą ją na pół – przyjmuje się, że w rolnictwie pracuje od 12 do 15 proc. ludności zawodowo czynnej. Tak wychodzi, jeśli przyjmiemy europejskie kryteria liczenia. Poza tym to prawda, że jeden rolnik zapewnia pracę pięciu osobom zatrudnionym w przemyśle okołorolniczym, ale w Unii. U nas nie daje pracy nawet jednemu. Trzeba uważniej słuchać „obrońców”.

I jeszcze jedno – wyraźnie widać, że autor obawia się obniżenia pozycji politycznej naszych negocjatorów z powodu tarć między wicepremierem Jarosławem Kalinowskim a minister Danutą Hübner, a także tego, że rolnicze lobby często głośno manifestuje niezadowolenie z oferty Unii.

Ja nie wiem, co urzędnicy w Brukseli myślą, ale przypomnę tylko, że Austriacy – na czele z obecnym komisarzem UE ds. rolnictwa Franzem Fischlerem – bardzo ostro negocjowali. To samo Finowie – rozmowy przerywali, opuszczali salę obrad w Brukseli, grozili zerwaniem negocjacji, trzaskali drzwiami. I co? Fischler został komisarzem, a Finowie dostali to, co chcieli.

Wniosek jest taki, że Unia szanuje i docenia tych, którzy potrafią walczyć o swoje. Nami natomiast mogą się nie przejmować nie dlatego, że posłowie gwizdali podczas wizyty Fischlera w Sejmie, ale dlatego, że każde dziecko w Polsce, a więc i w Brukseli, wie, że nie ma jednolitego frontu w polskim rządzie w kwestii rolnej. Premier Leszek Miller postawił sobie za cel główny zakończenie negocjacji w terminie niezależnie do ich wyników. A to z góry osłabia naszą pozycję negocjacyjną. Więcej zatem zależy teraz od dobrej woli Brukseli niż od naszych umiejętności negocjacyjnych.

Tak jawne zlekceważenie interesów rolników może mieć opłakane skutki. Jeśli nie poprawimy warunków, jakie oferuje nam Unia, to może się okazać, że koalicja rządowa rozpadnie się jeszcze przed zakończeniem negocjacji. A to oznacza, że PSL razem z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną wezwą do głosowania w referendum przeciwko integracji. Nie wiemy, w jakim stopniu zyskają poparcie proboszczów w parafiach, bo centralny głos Kościoła nie zawsze jest tam słyszany. I jak wszyscy przeciwnicy zbiorą się do kupy, to nie będzie obwodnicy w Warszawie i nadal będziemy tkwili w korkach.

A co do strategii premiera, to powiem tak – jeśli mamy podpisać wszystko, co nam podsuną w Brukseli, to trzeba było sobie głowy negocjacjami nie zawracać i podpisać papiery dwa lata temu. Budżet oszczędziłby na delegacjach zagranicznych naszych negocjatorów.

Źródło: Gazeta Wyborcza