Eden idzie do Unii

Od ośmiu lat Lukrecja Groszkowska kieruje spółką rolną Eden w Gwiździnach. Spółka ma 600 ha ziemi, pół tysiąca macior i roczny obrót 7 mln zł. Jak mówi prezes i właścicielka 70 proc. udziałów, Eden jest gotowy do wejścia do Unii.

Gwiździny leżą na granicy regionu Warmii i Mazur oraz Kujaw. Historia okolicy pełna jest zakrętów. Dawne junkierskie folwarki z pałacykami, bogatą gospodarską zabudową, po wojnie zajęły pegeery, a dzisiaj wiele z nich jest tylko wspomnieniem.

Eden ocalał. Rozwija się, inwestuje i gospodarzy. Ludzie zarabiają i po 1500 zł na rękę. Wiedzieli, co robią, kiedy osiem lat temu przyszli do mieszkającej 300 m od pegeeru rolniczki Lukrecji Groszkowskiej z propozycją założenia spółki.

Świńskie zagłębie

Od dzieciństwa pracowała w gospodarstwie.

 – Mój ojciec był znaczącym rolnikiem. Miał 23 ha własnej ziemi, a było to dużo w czasach państwowych gospodarstw. Hodował trzodę bekonową, miał sto macior, więc praca w gospodarstwie było od rana do nocy. Razem z trzema braćmi przygotowywaliśmy zielonkę, jeździliśmy do mleczarni po serwatkę, karmiliśmy zwierzęta. Okolice Dobrego Miasta Lubawskiego to w latach 70. i 80. było zagłębie świńskie. Jedyne, czego ojcu brakowało do szczęścia, to więcej ziemi. Nie można jej było kupić. Wszystko wokół zajmowały pegeery – opowiada Lukrecja Groszkowska.

Jednym z większych był Eden w Gwiździnach. W 1988 r. dostał Złotą Wiechę, bo wyróżniał się zadbanym otoczeniem – fontanną, klombami z różami, rzeźbami ustawionymi wśród ozdobnych krzewów. Było tak pięknie, że ludziom kojarzyło się z rajem, czyli biblijnym Edenem. I jak w raju, w gwiździńskim Edenie mieszkańcy mieli darmowe mleko, paszę, ogrzewanie, mieszkanie, opiekę medyczną, przedszkole dla dzieci.

Gospodarstwo rodziców Lukrecji przejął po ojcu najstarszy brat, a ona sama po średniej szkole rolniczej wyszła za mąż i namówiła męża do życia na wsi.

 – W mieście nie mogłabym żyć. Kocham wieś, ziemię, pracę na roli. Zaczynaliśmy od starego gospodarstwa dziadka męża, zaledwie 1,75 hektara i powoli dokupowaliśmy ziemi. Dopracowaliśmy się chlewni na pół tysiąca sztuk i 30 ha ziemi. Brakowało paszy, więc sadziliśmy pastewną kapustę, jarmuż i tym karmiliśmy świnie. Były zdrowe i żyły miesiąc dłużej – śmieje się Lukrecja Groszkowska.

W 1989 r. intuicja podpowiedziała jej, by jak najszybciej spłacić zaciągnięte kredyty. Dzięki temu nie wpadła, jak wielu gospodarzy, w tzw. pułapkę kredytową Balcerowicza. W nowej Polsce Groszkowcy startowali nie obciążeni kredytami.

Spółka staje do przetargu

 – Kiedy w 1994 r. Eden wystawiono na przetarg, zastanawiałam się nad startem, ale w pamięci miałam historię rolnika z Montowa, który został dzierżawcą innego pegeeru, a pracownicy nie wpuścili go do gospodarstwa. Nie chciałam działać wbrew ludziom, którzy z Edenem związani byli całe życie – przyznaje Groszkowska.

Jednak to właśnie ci ludzie przyszli do niej i zaproponowali założenie spółki, która wystartowałaby w przetargu.

 – Chętnych było wielu, bydgoski oddział Agencji Własności Rolnej chciał osiągnąć jak najwyższy czynsz dzierżawny. I nasza spółka wylicytowała 8 kwintali za hektar. To było bardzo dużo, szczególnie przy zadłużonym gospodarstwie – mówi prezes Edenu.

Co zastała na miejscu? Róże zdziczały, fontanna nie działała, tylko rzeźby jeszcze stały. Budynki były już zniszczone, a sprzęt rozkradziony. W chlewniach dogorywało 130 schorowanych loch. – Jedyne, co mogłam zrobić, to uciec do przodu – tłumaczy decyzję o kupnie w latach 1995/96 nowoczesnego sprzętu i maszyn za ponad 800 tys zł.

Ogółem inwestycje spółki, w której Groszkowska ma teraz 70 proc. udziałów, sięgnęły 1,5 mln zł. Wyremontowano budynki, unowocześniono system chowu. Dzisiaj Eden sprzedaje rocznie 10 tysięcy tuczników i ma pół tysiąca swoich loch.

Choć jednak zmodernizować gospodarstwo można było szybko, to zmiana ludzkich przyzwyczajeń szła opornie.

Z ludźmi trudniej

 – Ludzie nie byli nauczeni pracować. Traktorzysta potrafił przerwać pracę na polu, bo mu się za bardzo do kabiny kurzyło. A najczęstsze słowa, jakie słyszałam na początku, to było „należy się”. Bardzo długo trwało uczenie pracowników, jak właściwie traktować zwierzęta. Dzisiaj w naszych chlewniach jest czysto, ciepło i cicho, a ludzi nawet ze świnkami rozmawiają – śmieje się pani prezes.

Dawny raj socjalny nigdy już nie wróci, ale Lukrecja Groszkowska od dwóch lat w dzierżawionym pałacyku wydaje pracownikom gorące posiłki. Inwestuje też w kursy i dokształcanie zootechnika, księgowej, kadrowej.

 – Teraz ludzie w Edenie szanują pracę. Mam 36 pracowników. Brygadzista zarabia do 1500 zł na rękę. Mam tu też bardzo pracowite małżeństwo, które miesięcznie dostaje ok. 2700 zł – wylicza.

Największym powodem do dumy są dla Groszkowskiej wyniki hodowlane. Średnio maciora prosi się w Edenie 2,3-krotnie w roku, co jest wynikiem lepszym od norm duńskich (2,27). – Unii się nie boimy. Jesteśmy przygotowani do wejścia – mówią w Edenie.

Europa na tak

Oprócz szkoleń z unijnych norm i standardów w Edenie funkcjonuje system komputerowy z programem Trzoda. Obejmuje całą ewidencję i statystykę hodowanych zwierząt, ich zdrowotną charakterystykę, pochodzenie i przebieg hodowli.

Lukrecja Groszkowska stawia na zdrową hodowlę. We własnej mieszalni przygotowuje naturalne pasze, bez sztucznych dodatków, nie stosuje antybiotyków i chemii.

 – Stawiam na profilaktykę. W gospodarstwie mamy wszędzie maty ochronne. Dbamy o czystość i higienę. Dla nas mleczarnia z odległego o 220 km Kutna specjalnie przywozi bardzo dobrą serwatkę. Uważam, że nasza hodowla jest zdrowa, a wyroby mięsne o niebo smaczniejsze i pożywniejsze od unijnych. Pod tym względem nie obawiam się, czy Polacy wybiorą nasze kiełbasy, a nie tańsze niemieckie czy duńskie – dodaje szefowa Edenu.

Jak inni właściciele dużych gospodarstw obawia się jednak, że po wejściu do Unii niskie dopłaty do rolnictwa mogą zaszkodzić prężnym, wielkotowarowym gospodarstwom.

 – Brak mi w Polsce poczucia stabilizacji polityki rolnej i jasno określonych zasad. Rolnictwo potrzebuje długofalowej perspektywy. Muszą być ceny minimalne, poniżej których nikt nie może w Polsce kupować płodów rolnych, i musi być system tanich, długoletnich kredytów, których banki nie mogłyby „zerwać” w środku spłacania, jak to się teraz dzieje. Moja spółka przez dwa, trzy lata skupi się na spłacie. Najważniejsze, że zachowujemy płynność finansową i nigdy nie zdarzyło się, by załoga nie dostała wypłaty – tłumaczy.

Oprócz hodowli, w Edenie pracuje też gorzelnia produkująca spirytus sprzedawany do Gdańskiej Wytwórni Wódek. Gdyby rząd podpisał ustawę nakładającą na rafinerie obowiązek dodawania spirytusu do paliw, sytuacja wiejskich gorzelni bardzo by się poprawiła.

Elegancka garsonka

W Edenie pracuje cała rodzina Groszkowskich. Mąż prezes Lukrecji zajmuje się organizacją pracy i mechanizacją, syn, absolwent warszawskiej SGGW, co rano wyrusza z pracownikami w pole.

Pani prezes wkłada elegancką garsonkę, bierze kluczyki i jedzie do miasta na rozmowy z klientami i bankami. – Bycie kobietą, wygląd i kultura osobista ułatwia prowadzenie interesów – śmieje się.

W referendum, które zdecyduje, czy Polacy chcą wejść do Unii Europejskiej, Lukrecja Groszkowska zagłosuje na tak.

 – Jestem za Unią. Ona jest dla naszych dzieci i o tym musimy pamiętać – tłumaczy szefowa Edenu.

Źródło: Rzeczpospolita