Polska-UE: Możemy jeszcze sporo wywalczyć

Przedsiębiorcy obawiają się zbyt trudnych warunków członkostwa w UE. Dlatego nie wahają się udzielać rządowi ostatnich cennych wskazówek.

Wraz z rozpoczęciem maratonu negocjacyjnego wzrosły nadzieje na to, że warunki członkostwa zaproponowane przez „piętnastkę” uda się jeszcze znacząco zmienić. Gra toczy się o pryncypia: naszą składkę do unijnego budżetu, dopłaty bezpośrednie dla rolników oraz długość okresu przejściowego na dojście do ich poziomu w UE, a to wszystko przy uniknięciu pozycji płatnika netto.

 – Wynegocjowanie każdego procentu poza uzgodniony przez „piętnastkę” poziom 25 proc. dopłat będzie dużym sukcesem. Dlatego najważniejszym elementem strategii powinno być skrócenie okresu przejściowego na ich wyrównanie z poziomem w UE do 2006 r., na kiedy zaplanowano unijną reformę rolną i nowy budżet. Mam wrażenie, że upór Unii przy 2013 r. to tzw. rezerwa negocjacyjna. Dodatkowo należałoby zagwarantować stałe kwoty eksportowe, a walczyć o ruchome kwoty produkcyjne, które mogłyby rosnąć w miarę wzrostu popytu wewnętrznego – mówi Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej i kierownik katedry agrobiznesu Szkoły Głównej Handlowej.

Jednak bez wynegocjowania niższej składki do unijnego budżetu trudno będzie uniknąć pozycji płatnika netto.

Na tym tle toczą się jeszcze rozmowy o przyszłości setek mleczarni i rzeźni zagrożonych likwidacją.

 – Nasz rozwijający się rynek to łakomy kąsek dla posiadającej nadwyżki produkcyjne UE. Dlatego „piętnastka” robi wszystko, by ograniczyć nasze moce. Teraz nagle upiera się, by 112 zakładów, które będą korzystały z okresu przejściowego do 2006 r., posiadało osobne obiekty do przerobu mleka klasy pierwszej, nie uznawanego w UE. To skaże na zagładę większość chcących się modernizować przedsiębiorstw, a Polska utraci około 3 mld litrów z kwoty mlecznej – podkreśla Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.

Dla rodzimych zakładów mięsnych równie ważny jak warunki, na których nasz kraj przystąpi do UE, będzie termin akcesji.

 – Po wejściu do Unii przetrwają tylko te zakłady, które dostosują się do wymogów UE i sprostają konkurencji. Obecnie na kilka tysięcy firm tylko nieco ponad dwadzieścia gwarantuje wysoki standard potwierdzony uprawnieniami eksportowymi – przyznaje Stanisław Zięba, sekretarz Polskiego Związku Producentów Eksporterów i Importerów Mięsa.

Właśnie w interesie tych zakładów leży terminowe przystąpienie Polski do UE. Skorzystają one nie tylko na samym otwarciu rynku, ale też eliminacji szarej strefy.

 – Jeśli z 3,8 tys. zakładów mięsnych po wejściu do UE pozostanie 45 proc., to będzie dobrze. Już teraz około 1,5 tys. uznało, że nie sprosta unijnym wymogom, ale postanowiło działać tak długo, jak tylko się da – tłumaczy Jerzy Majchrzak, dyrektor biura zarządu ZM Sokołów.

Bolesny dla całej branży może być także okres przygotowawczy. Z wyliczeń ekspertów wynika, że w okresie restrukturyzacji sektora i dostosowania do standardów UE może nastąpić wyraźna redukcja zdolności produkcyjnych. Ubój trzody chlewnej może spaść nawet o 30 proc., bydła o 45 proc., produkcja wędlin o 25 proc., a konserw o 55 proc. W tej sytuacji ubój przemysłowy tuczników w najbliższych latach nie powinien przekroczyć 22 mln sztuk, a bydła 1,8 mln sztuk.

Po przystąpieniu do Unii dobre perspektywy rysują się przed rynkiem wołowiny.

 – Dzięki przewidzianym subsydiom produkcja wołowiny ma szansę rosnąć w tempie 3-4 proc. rocznie. Jednak zajmuje ona marginalną pozycję w całym przemyśle mięsnym. Spodziewałbym się natomiast ograniczenia produkcji wieprzowiny. Wszystko będzie zależało od poziomu i wielkości dopłat do kontyngentu eksportowego. Jednak ustalanie go na podstawie danych o naszym eksporcie wieprzowiny w ostatnich latach nie wróży nic dobrego – ocenia Stanisław Zięba.

Źródło: Puls Biznesu