Pomoże rak na gotówki brak

Nie potrzeba wiele, by założyć hodowlę raków. Może być bardzo opłacalna, ale na zyski trzeba trochę poczekać.

Stawy, wyrobiska po wybranym żwirze, zbiorniki wodne, które są zbyt zimne, by hodować w nich karpie lub zbyt ciepłe dla pstrągów – wszystkie te miejsca nadają się do hodowli raków. Hodowla raków jest najprostszą rzeczą na świecie – do stawu wpuszczamy stadko dorosłych samic i samców i zostawiamy je w spokoju na kilka lat (od dwóch do ośmiu – zależnie do gatunku), dbając tylko, by zbytnio nie zainteresowały się nimi wydry lub inni amatorzy raczego mięsa. Po tym czasie systematycznie, co roku, odławiamy dorosłe osobniki i sprzedajemy.

Raki żywią się resztkami rozkładających się w wodzie roślin. Z hektara stawu co roku można uzyskać do sprzedaży ok. 100 kg raków. Jeśli będziemy zwierzęta dokarmiać specjalnymi paszami (mieszanka błotnych roślin i mączek rybnych), to możemy wyławiać nawet 500 kg z hektara. Za kilogram raków hodowca może dostać 110-120 zł.

Nie musimy też zbytnio przejmować się czystością wód – gatunki, które lubiły czyste wody, praktycznie wyginęły, zostały te, które się przystosowały. Im więcej do stawu wpuścimy dorosłych, zdolnych do rozmnażania par, tym szybciej będą zyski. Na hektar wystarczy 20 kg (połowa samic i samców), ale może być ich nawet 40 kg.

Co gryzie raki

Dno stawu nie może być muliste, bo raki, które prowadzą nocny tryb życia, lubią chować się w wygrzebywanych w dnie norkach. Sam staw musi być głębszy niż 1,5 m, inaczej raki nie przezimują. Nie może w nim też być ryb drapieżnych. Szczupaki, okonie czy liny zjadają małe raki ze skorupką, ale wszystkie ryby – nawet karpie – są niebezpieczne dla raków w okresie, kiedy te zrzucają pancerze, co małym sztukom zdarza się co kilka tygodni (raki rosną skokowo). Wtedy przez kilka dni są całkowicie bezbronne, zanim nowy pancerz stwardnieje. Same raki też są dla siebie niebezpieczne – częsty jest kanibalizm, zwłaszcza duże samce zjadają małe raczki, dlatego samce po początkowym okresie intensywnego rozmnażania zwykle się odławia.

Nie wiadomo dokładnie, jak długo raki żyją – na wolności z pewnością kilkanaście lat, ale w hodowli nie dłużej niż osiem. Do sprzedaży nadają się, kiedy mają już ok. 10 cm długości – największe dochodzą do 20 cm.

Nasze dwie rodzime rasy raków to szlachetne (zwane też rzecznymi, bo lubią płycizny rzek) i błotne. Przed wojną eksportowaliśmy 600 ton raków rocznie, teraz w otwartych zbiornikach wyławia się 1-2 t.

Racza dżuma

Dziś w większych ilościach można je spotkać tylko we południowo-wschodniej Polsce. W pozostałych regionach wytrzebiła je wprowadzona w latach 60. polityka intensywnego rozmnażania węgorzy, które uwielbiają wyjadać raki, a także racza dżuma – grzybica nieszkodliwa dla człowieka, ale będąca prawdziwą plagą polskich raków. Dżumę do Polski sprowadził w ubiegłym stuleciu baron Max von Borne, który do swoich stawów na Pomorzu zaimportował raki pręgowane z Ameryki. Są one nosicielami tej choroby, chociaż same są na nią odporne. Pręgowane uciekły ze stawu i rozniosły dżumę po okolicy. Gdziekolwiek pojawiają się raki pręgowane, tam znikają raki szlachetne.

Amerykańskie raki są smaczne, ale znacznie mniejsze, więc na hodowlę nie bardzo się nadają. Dlatego w naszych stawach hodowlach króluje tzw. rak sygnałowy sprowadzony ze Szwecji. – Ten rak jest w stanie wykończyć nawet amerykańskiego, nie wymaga też tak czystych wód jak nasze rodzime gatunki, może żyć nawet w wodach III klasy czystości. Rośnie błyskawicznie, więc zyski są znacznie szybciej niż w przypadku hodowli raka błotnego czy szlachetnego – mówi Andrzej Marczyński, prezes spółki Aquamar z Miastka, która jako pierwsza przed ośmiu laty sprowadziła ze Szwecji raka sygnałowego.

Zyski? Dopiero po czterech latach

Od trzech lat Instytut Rybołówstwa Śródlądowego prowadzi w Pieczarkach koło Olsztyna szkolenia dla hodowców. – Zainteresowanie jest duże, ale jak ludzie usłyszą, że trzeba czekać blisko cztery lata na pierwsze zyski, to dużo rezygnuje. Dlatego to może być raczej zajęcie dodatkowe, a nie główne źródło utrzymania – mówi Dariusz Ulikowski z Pieczarek.

Na razie nasze raki trafiają do supermarketów i restauracji w kraju, chociaż jest na nie ogromny popyt w Europie. Sami Szwedzi zjadają 9 tys. ton raków rocznie, z czego ponad 90 proc. importują. Nie wolno jednak z Polski eksportować żywych stworzeń, tylko ugotowane, a to wymaga inwestycji w przetwórstwo.

Źródło: Gazeta Wyborcza